Kulturalny Listopad + Grudzień :)

 Jak się u Was rozpoczął Nowy Rok? U mnie coś nie za ciekawie, jakoś bez humoru jestem. A przynajmniej bez tego dobrego humoru. Ale spinam się dzisiaj przed pójściem do pracy i zapraszam Was na szybkie Podsumowanie Kulturalne Listopada i Grudnia.

 Patricia Cornwell - Predator

 Doktor Johnny Swift, znany i ceniony neurolog, popełnia samobójstwo, strzelając sobie w pierś. Tak przynajmniej brzmi orzeczenie lekarza wykonującego sekcję, więc śledztwo zostaje szybko zakończone. Trzy miesiące później do detektywa Marino dzwoni mężczyzna przedstawiający się jako Krab i sugeruje, że sprawą powinna zainteresować się doktor Kay Scarpetta. Rzekome samobójstwo Johnny’ego Swifta i inne na pozór niezwiązane ze sobą wydarzenia sprawiają, że doktor Scarpetta wrócić do tego, co robi najlepiej: do nakłaniania zmarłych, aby przemówili i wyjaśnili, co się naprawdę stało. 


 Peter Lovesey - Detektyw Diamond i zagadka zamkniętego pokoju

 Peter Diamond - najsłynniejszy bohater kryminałów laureata 17 najbardziej prestiżowych nagród - rozwiązuje tajemnicę zbrodni doskonałej, wobec której chłodna logika jest bezradna.
 Peter Diamond wraca na swoje dawne stanowisko szefa wydziału zabójstw w Bath. I szybko dopada go rutyna: pracując nad nudnymi i oczywistymi sprawami, tęskni za dochodzeniem, w którym mógłby się wykazać swoimi unikatowymi umiejętnościami. Jego życzenie niespodziewanie się spełnia, gdy dostaje sprawę jak z kart powieści Agathy Christie: morderstwo, którego nikt nie mógł dokonać, i wierszowana zagadka nadesłana przez zabójcę jako zaproszenie do gry w kotka i myszkę...


 Neil White - Zagłuszyć Krzyk

 Literacki kryminał oparty na prawdziwej historii seryjnego mordercy.
 W prowincjonalnym miasteczku w Lancashire zostaje w bestialski sposób zamordowana córka miejscowego gangstera. Dziennikarz Jack Garrett, specjalista od reportażu sądowego współpracujący z lokalnym tabloidem, otrzymuje od naczelnego zlecenie na artykuł na temat tej zbrodni. I odkrywa, że kilka tygodni wcześniej taki sam los spotkał córkę miejscowego policjanta. Rozpoczyna dziennikarskie śledztwo – niezależne, a często wbrew policyjnemu, które prowadzi Laura McGanity, sierżant z wydziału zabójstw, a prywatnie narzeczona Jacka. Wkrótce Garrett dostaje pierwszy list od mordercy – z tajemniczym wierszem. Im bardziej zagłębia się w sprawę, tym więcej ryzykuje. Mafijny boss chce sam wymierzyć sprawiedliwość zabójcy córki i zmusić Jacka do współpracy. Policja usiłuje wykorzystać jego kontakt z mordercą. Lecz okazuje się, że trop prowadzi na posterunek. Zbrodniarz obserwuje każdy krok Jacka i Laury. I już wybrał swoją następną ofiarę…


 Ian Rankin - Martwe dusze

 Telefon od dawnego szkolnego kolegi wywołuje w inspektorze Johnie Rebusie wspomnienia i niemałe poczucie winy. Pragnąc pomóc Jamice i Brianowi w odnalezieniu syna, odkrywa on nagle, że ulice Edynburga pełne są zaginionych i zapomnianych… Podczas akcji w edynburskim zoo Rebus dostrzega zwolnionego z więzienia pedofila, który z aparatem fotograficznym kręci się wśród dzieci. Nagłośnienie sprawy uaktywnia dość agresywną grupę obrońców moralności, co budzi w inspektorze mieszane uczucia i obciąża jego sumienie po raz kolejny. Szalę goryczy przeważa jednak decyzja amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Z powodu prawnych niedociągnięć z więzienia wychodzi wielokrotny sadystyczny morderca, który wyraźnie ma ochotę kontynuować swą zbrodniczą grę, tym razem z Rebusem w roli pionka…


 Z racji tego, że wszystkie przeczytane przeze mnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy książki to kryminały nie będę się rozpisywać o każdej z nich z osobna. Wszystkie czytało się przyjemnie i szybko. Żadna nie ciągnęła się w nieskończoność nudząc mnie przy tym. Akcja była ciekawa, zakończenia nie rozczarowały. Ian Rankin i Patricia Cornwell już u mnie gościli więc spodziewałam się tego, choć zakończenia "Predatora" chyba nikt nie przewidziałby. "Detektyw Diamond..." oraz "Zagłuszyć krzyk" pozytywnie mnie zaskoczyły i jak będzie okazja to chętnie zapoznam się lepiej z twórczością tych autorów. Dlatego wszystkie Wam polecam :)

 W Świeta oglądałam kilka filmów ale o większości już chyba Wam wspominałam w poprzednich latach bo to klasyki :) Jednak jeden jeszcze się nie pojawił na blogu a powinien, ponieważ już go kiedyś oglądałam.

 Służące (The Help) (2011)

 Akcja filmu toczy się w stanie Mississippi w latach 60. W roli głównej występuje Emma Stone grająca Skeeter, dziewczynę z dobrego domu z południa, która po studiach marzy o karierze pisarki. Niespodziewanie wywraca do góry nogami życie swoich przyjaciół i mieszkańców rodzinnego miasteczka, gdy postanawia przeprowadzić wywiad z czarnoskórą służącą najzamożniejszych rodzin w okolicy. Nominowana do Oscara Viola Davis w roli Albeen decyduje się ujawnić ciemne sekrety życia czarnoskórej mniejszości. Ze zwierzeń rodzi się przyjaźń. Okazuje się, że przyjaciółki mają sobie dużo do opowiedzenia. Zarówno one, jak i inni mieszkańcy miasteczka są świadkami zmieniających się czasów i obyczajów. (opis ze strony filmweb.pl)

 Film zdobył wiele nominacji do nagród filmowych i kilka statuetek. I wcale się nie dziwię ponieważ jest na prawdę świetnym kinem. Podczas oglądania można się i śmiać i płakać. Historia jest na prawdę poruszająca i jeśli jeszcze nie widzieliście "Służących" to koniecznie musicie to nadrobić.


 I tradycyjnie na koniec jeszcze kilka piosenek do posłuchania.

 James Arthur feat. Marina - Let Me Love The Lonely


 Alle Farben - Please Tell Rosie


 Clean Bandit - Rockabye ft. Sean Paul & Anne-Marie


 Burak Yeter - Tuesday ft. Danelle Sandoval


 Louisa Johnson - So Good


 To by było na tyle. Mam nadzieję, że któraś z tych propozycji Was zaciekawi jeśli jeszcze ich nie znaliście. Miłego tygodnia Wam życzę a ja uciekam się szykować do pracy.

Kringle Candle - Holiday Cookies oraz Coconut Snowflake

 Święta, święta i po świętach... Tyle sprzątania, gotowania i zakupów a one tak szybko się skończyły. Mam nadzieję, że Wy odpoczęliście w gronie rodziny a pod choinką znaleźliście same udane prezenty :) A że Nowy Rok już za pasem to życzę Wam aby był on lepszy od 2016, żeby spełniły się wszystkie Wasze marzenia i plany i żeby nigdy nie zabrakło Wam uśmiechu na twarzy :) No i oczywiście szampańskiej zabawy do białego rana w Sylwestra :)
 Dzisiaj przedstawię Wam dwa zapachy marki Kringle Candle, które nadają się na cały zimowy okres, nie tylko na Święta: Holiday Cookies oraz Coconut Snowflake. Są one dostępne na Goodies.pl w cenie 12zł. Są droższe od YC ale trzeba pamiętać, że mają większą gramaturę.


 Holiday Cookies

 Wosk (Breakable Wax Potpourri) marki Kringle Candle o zapachu świątecznych ciasteczek. (opis ze strony goodies.pl)


 To aromat kruchych ciasteczek polanych lukrem. Zdecydowanie zapach słodki, cukrowo-waniliowy. Przy połowie kosteczki jest dobrze wyczuwalny ale jednocześnie nie męczy i nie powoduje mdłości. W większej ilości trochę bym się tego obawiała.


 Coconut Snowflake

 Wosk (Breakable Wax Potpourri) marki Kringle Candle o delikatnym i słodkim zapachu świeżo upieczonych kokosowych ciasteczek. (opis ze strony goodies.pl)


 Kokosowe ciasteczka może nie są typowo świąteczne ale kształt już jest bardziej odpowiedni :) Zapach tego wosku jest mniej słodki od poprzednika. Oprócz kokosowego aromatu ciasteczek można w nim wyczuć delikatnie miętową nutę choć w opisie jej nie ma. Przełamuje ona słodycz przez co nie jest to mdły ani męczący zapach. Intensywność ma dobrą jednak nie przytłacza swoją mocą.


 Podsumowanie: Oba zapachy są idealne dla fanów słodkości. Jeśli jednak boicie się trochę tego typu wosków to polecałabym Wam bardziej Coconut Snowflake, który dzięki miętowej nutce jest mniej słodki i bezpieczniejszy.

 Znacie te zapachy? Lubicie takie słodkie, ciasteczkowe aromaty?

Projekt Denko - Listopad

 Grudzień to zawsze miesiąc gdzie czas ucieka mi przez palce. Ciągle coś: praca, zakupy, sprzątanie, lepienie pierogów, chorowanie i takim sposobem już niedługo Święta. Dlatego na blogowanie ciężko jest mi znaleźć czas ale po kilku dniach powolnego pisania pojawia się dzisiaj Listopadowy Projekt Denko.


 Jak widać po zdjęciu nie ma tego aż tak dużo, nawet do 20 nie dobiłam. Ale plus tego taki, że jest mniej do opisywania :)


 1. BioIQ - Hair & Body 2in1
 Szczerze mówiąc to nie zachwycił mnie ten produkt choć był ok. Dobrze się pienił przy obu zastosowaniach. Jako żel pod prysznic brakowało mi w nim ładnego zapachu, który uprzyjemniałby mycie. Za to jako szampon miałam wrażenie, że zostawia włosy niemiłe w dotyku i konieczna była po nim jakaś maska. Jest to jednak dobra opcja na wyjazdy kiedy chcemy zredukować liczbę zabieranych produktów ale raczej NIE KUPIĘ.

 2. Pliva Fem F - Żel do higieny intymnej
 Dostępny w aptekach, wygodne opakowanie, dobrze się pieni i odświeża. Polecany do stosowania w przypadku infekcji intymnych więc nie wyrządził mi żadnej krzywdy. MOŻE KUPIĘ

 3. Avon - Żel pod prysznic Pure Oasis Green Tea & Mint
 Miał bardzo fajny,  świeży zapach z nutką mięty ale na szczęście nie chłodził. Dobrze się pieni i nie wysusza skóry. Duża pojemność przez co starczył na dość długo. Warto kupować na promocjach,  wtedy najbardziej się opłaca. MOŻE KUPIĘ

 4. Isana - Mydło w płynie z wyciągiem z rabarbaru
 Limitowana, wiosenna edycja o zapachu rabarbaru. Zapach przyjemny, spełniało swoją rolę nie przesuszając przy tym rąk. Kolejną wersję już KUPIŁAM.


 5. Sylveco - Hibiskusowy tonik do twarzy <recenzja>
 Miał ciekawą konsystencję, żelową ale jednak rzadką i dość płynną. Odświeżał twarz i lekko nawilżał ale nie do końca nadaje się do oczyszczania twarzy np. z resztek makijażu dlatego lepiej się sprawdzał rano. MOŻE KUPIĘ

 6. Pat & Rub - Balsam do ciała Rewitalizujący Żurawina i Cytryna
 Opakowanie bardzo wygodne w użytkowaniu i higieniczne (pompka typu airless). Miał lekką konsystencję, szybko się wchłaniał i nie zostawił po sobie nieprzyjemnej warstwy na skórze. Nawilżenie dla mnie wystarczające. Ładny zapach żurawinowo-cytrynowy, nie kojarzył mi się z odświeżaczem do toalet :) Obecnie kosmetyki Pat & Rub dostępne są w nowej wersji ale MOŻE KUPIĘ

 7. Wellness & Beauty - Peeling do ciała <recenzja>
 To druga wersja peelingu tej marki jaką używałam, pierwsza to Oliwa z Oliwek i Zielona Herbata do której jest podlinkowana recenzja. Produkt godny uwagi. Dobrze radzi sobie z usuwaniem martwego naskórka i wygładzaniem. Do tego zawartość olejków nawilża a przyjemny zapach zachęca do sięgania po niego regularnie. KUPIĘ

 8. Yves Rocher - Olejek do kąpieli Spicy Vanilla
 Produkt z zeszłorocznej, świątecznej edycji dopiero teraz doczekał się wyciągnięcia z szafy. Miał ładny waniliowy zapach, dość dobrze wyczuwalny. Piany nie robił ale woda robiła się bardziej "mleczna" i zostawiał delikatnie tłustawą warstewkę na skórze. Miał dość wysoką cenę ale jak to w YR można trafić na fajne promocje. Ze względu na dostępność NIE KUPIĘ.


 9. Organique - Puder do kąpieli Malina
 Puder barwi wodę (w tym wypadku na różowo) ale nie wytwarza przy tym piany. Zapach delikatny ale wyczuwalny. Minusem jest tylko konieczność dokładnego spłukania wanny bo u mnie trochę osadziło się na jej ściankach. MOŻE KUPIĘ

 10. Douglas Home Spa - Musująca tabletka do kąpieli Beauty of Hawaii
 11. Yves Rocher - Musująca tabletka do kąpieli Almond Orange Blossom
 Obie delikatnie pachniały ale ta z Douglasa była odrobinę mocniej wyczuwalna. Woda trochę się barwi, robi się mniej przejrzysta ale piany z nich za bardzo nie było. MOŻE KUPIĘ


 12. For Every Body - Świeca zapachowa Fresh Fruit Salad
 Ładny, świeży zapach mieszanki owoców. Był wyczuwalny w pokoju ale robił raczej za nienachalne tło. Miał dwa knoty więc nie sprawiała większych problemów przy paleniu poza kopceniem, co zresztą widać po słoju. MOŻE KUPIĘ

 13. Yankee Candle - wosk Pink Sands <recenzja>
 Bardzo lubię ten zapach. Jest słodko-owocowy, świeży i lekki. Nadaje się zarówno na gorące dni jak i na chłodne wieczory gdy chcemy przywrócić trochę letnich wspomnień. Nie przytłacza ale dobrze go czuć w pomieszczeniu. Mam go już w dużym słoju więc KUPIŁAM.

 14. Heart & Home - Mediterranean Fig
 Palony jako świeczka słabo pachniał dlatego wrzucałam go do kominka jak wosk. Wtedy zapach był bardziej wyczuwalny, pachniał słodką figi. Jednaj zostanę przy innych firmach i po wypaleniu tego co mam więcej NIE KUPIĘ.


 15. Carea - Płatki kosmetyczne
 Stały bywalec.  KUPIĘ

 16. Cleanic - Chusteczki do higieny intymnej
 17. Cleanic - Chusteczki do demakijażu
 Obie wersje spełniały swoją rolę i nie zaszkodziły w żaden sposób. MOŻE KUPIĘ

 Podsumowanie: Nie było w tym miesiącu najlepiej jeśli chodzi o ilość ale w sumie jak byłam chora to nie chciało mi się za bardzo używać przeróżnych kosmetyków więc ograniczałam się do minimum. 
 A Wam jak poszło w listopadzie zużywanie? Bo pewnie wszyscy już opublikowali swoje denka poza mną :)



Yves Rocher - Rewitalizujący roll-on pod oczy Elixir 7.9

 Yves Rocher to dla mnie jeden ze sklepów, z których ciężko wyjść bez zakupienia czegoś. Szczególnie sklep internetowy kusi mnóstwem promocji i gratisów do zamówienia więc to właśnie tam najczęściej ulegam zachciankom. Rewitalizujący roll-on pod oczy Elixir 7.9 wybrałam jakiś czas temu właśnie jako gratis. W cenie regularnej kosztuje aż 73 zł więc była to bardzo dobra oferta.


 Opakowanie to plastikowa tubka zakończona aplikatorem z trzema metalowymi kuleczkami. Wystarczy wycisnąć trochę produktu i bezpośrednio nanieść na skórę pod oczami wykonując przy tym masaż. Pojemność to standardowe 15 ml. 


 Od producenta:


 Konsystencja jest żelowa z maleńkimi różowo-złotymi drobinkami rozświetlającymi, które nie są wyczuwalne na skórze (to nie żaden brokat). Widać je głównie po wyciśnięciu z tubki, pod okiem na prawdę trzeba się uważnie przyglądać pod światło żeby je zobaczyć. Jednak robią swoje i trochę rozświetlają okolicę pod oczami i dodają świeżości. Kuleczki masujące dobrze radzą sobie z równomiernym rozprowadzeniem produktu ale lepiej nie wycisnąć zbyt dużej ilości. Wtedy nie wchłania się całkowicie i sprawia kłopoty podczas makijażu, korektor się po nim ślizga i nie da się go ładnie rozprowadzić. 


 Jeśli chodzi o działanie to dla mnie ma on zbyt słabe właściwości nawilżające żeby stosować go dwa razy dziennie. Dlatego używam go głównie rano, doceniam go szczególnie o 4 rano jak wstaję do pracy. Chłodne, metalowe kuleczki zmniejszają opuchliznę i "budzą" spojrzenie. W połączeniu z drobinkami rozświetlającymi wyglądam na trochę bardziej wyspaną niż w rzeczywistości :) Jest bardzo wydajny, używam go od kilku miesięcy i nadal go nie zużyłam.


 Podsumowanie: Jeśli macie problem rano z zaspanymi oczami i opuchlizną to ten żel się Wam przyda. Okolice oczu wyglądają na trochę mniej zmęczone i bardziej świeże. Jednak wieczorem polecam stosować coś mocniej nawilżającego dla równowagi ponieważ nie do końca sobie z tym radzi.

 Miałyście ten roll-on pod oczy? Jak się u Was spisał? Lubicie takie aplikatory czy wolicie wklepywać krem lub żel paluszkiem?

Tisane - Balsam do ust Fresh oraz peeling do ust Crystal Scrub

 Produkty do pielęgnacji ust to chyba jedne z najczęściej używanych przeze mnie kosmetyków. Sięgam po nie pewnie z kilkanaście razy dziennie, mam je przy łóżkach, w torebkach i kosmetyczkach więc na raz mam pootwieranych kilka sztuk. Jednymi z obecnie używanych przeze mnie produktów są balsam do ust Tisane Fresh oraz cukrowy peeling do ust Tisane Crystal Scrub. Miałam już wcześniej podstawową wersję tego balsamu i byłam z niego zadowolona więc jeśli ciekawi Was jak się spisała nowa to zapraszam do dalszej lektury.


 Balsam do ust Fresh


 Opakowanie podobne do wersji standardowej: mały zakręcany słoiczek zabezpieczony sreberkiem. Jedyna różnica to dopisek "Fresh" i zmiana koloru na zielony. Ze względu na opakowanie jest to produkt, który używam głównie w domu. Trzeba do nabierać palcem (lub paznokciem jeśli akurat mam długie) co nie należy do najbardziej higienicznych jeśli jesteśmy poza domem i nie mamy możliwości umycia dłoni. Dla mnie to nie jest minus ale wiem, że nie każdy takie rozwiązania lubi. Pojemność to 4,7g i zapłacimy za niego ok. 10-12 zł.


 Od producenta:


 Balsam ma lekko zielonkawy kolor i bardzo świeży miętowo-eukaliptusowy zapach z nutką cytryny za który odpowiadają olejki eteryczne. Daje on delikatne uczucie chłodzenia, nie przeszkadza mi to nawet teraz gdy temperatura za oknem spada. W składzie oprócz wazeliny znajdziemy m.in. olejki, miód i lanolinę.


 Konsystencja jest lżejsza od wersji klasycznej, jest bardziej miękka przez co łatwiej go nabrać na palec i rozprowadzić na ustach. Mimo tego nie znika zbyt szybko z warg i nie trzeba ponawiać co chwilę aplikacji. Usta ładnie się po nim błyszczą, nie tworzy się na nich biała warstwa nawet jak nałożymy go więcej. Warstwa jaką po sobie zostawia nie jest klejąca ani mocno tłusta. Przynosi ulgę, przyzwoicie nawilża i zmiękcza. Podobno dobrze się też sprawdzi podczas przeziębienia i opryszczki ale nie miałam na szczęście okazji jeszcze tego przetestować.

 Cukrowy peeling do ust Crystal Scrub


 Peeling zapakowany jest w saszetki, które zawierają 2g produktu i kosztują ok. 2 zł. Nie jest to najwygodniejsze i najłatwiejsze rozwiązanie. Otwarta saszetka w łatwy sposób może ulec zabrudzeniu oraz niekontrolowanemu wyciśnięciu w kosmetyczce. Dlatego ja od razu całość wycisnęłam do małego, zakręcanego, plastikowego słoiczka. Taka forma opakowania jest fajna na wyjazdy bo zajmuje bardzo mało miejsca ale ogólnie wolałabym, żeby był zamknięty w małym słoiczku lub w formie pomadki.

 Od producenta:


 Peeling posiada zarówno słodki zapach jak i smak jednak jest on dla mnie trochę sztuczny, kojarzy mi się z aromatami do ciast. Dlatego na koniec raczej sporadycznie go zlizuję z ust, wolę wytrzeć go w chusteczkę.
 Ma on dość gęstą konsystencję. Baza to wazelina z dodatkiem olejków, miodu i masła shea w której znajduje się sporo drobno zmielonych drobinek cukru. Są one prawie niewidoczne ale wyczuwalne na ustach, nie są zbyt ostre więc nie robią krzywdy. Nie ma problemu z nałożeniem odpowiedniej ilości na usta i wykonaniem masażu, nie spada z palca ani ust. Mimo małej pojemności peeling jest wydajny, wystara spokojnie na kilka aplikacji (zdecydowanie więcej niż 3) co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. Wystarczy nanieść niewielką ilość produktu aby zobaczyć rezultaty. 


 Po zastosowaniu tego peelingu usta są zdecydowanie bardziej gładkie i miękkie. Radzi sobie z drobnymi suchymi skórkami ale przy bardziej wysuszonych ustach pewnie jedna aplikacja nie wystarczy dlatego warto regularnie go stosować. Usta są bardziej zaczerwienione po jego użyciu i wyglądają na pełniejsze. Zostawia po sobie tłustawą warstewkę ale mi to nie przeszkadza bo używam go przed snem a resztki i tak wycieram chusteczką najczęściej.


 Podsumowanie: Balsam do ust przypadł mi do gustu, całkiem nieźle nawilżał i nie trzeba było ponawiać aplikacji co 10 minut. Miał przyjemny zapach/posmak i nie chłodził zbyt mocno przez co nawet teraz przy niższych temperaturach mogłam go używać. Peeling do ust jest fajny pod względem działania, radzi sobie z martwym naskórkiem i wygładza usta. Jednak wolałabym, żeby był zamknięty w słoiczku lub w formie pomadki. Stosowane razem utrzymują moje usta w dobrej formie.

 Mieliście te produkty? Którą wersję Tisane najbardziej polubiliście?