Tisane - Balsam do ust Fresh oraz peeling do ust Crystal Scrub

 Produkty do pielęgnacji ust to chyba jedne z najczęściej używanych przeze mnie kosmetyków. Sięgam po nie pewnie z kilkanaście razy dziennie, mam je przy łóżkach, w torebkach i kosmetyczkach więc na raz mam pootwieranych kilka sztuk. Jednymi z obecnie używanych przeze mnie produktów są balsam do ust Tisane Fresh oraz cukrowy peeling do ust Tisane Crystal Scrub. Miałam już wcześniej podstawową wersję tego balsamu i byłam z niego zadowolona więc jeśli ciekawi Was jak się spisała nowa to zapraszam do dalszej lektury.


 Balsam do ust Fresh


 Opakowanie podobne do wersji standardowej: mały zakręcany słoiczek zabezpieczony sreberkiem. Jedyna różnica to dopisek "Fresh" i zmiana koloru na zielony. Ze względu na opakowanie jest to produkt, który używam głównie w domu. Trzeba do nabierać palcem (lub paznokciem jeśli akurat mam długie) co nie należy do najbardziej higienicznych jeśli jesteśmy poza domem i nie mamy możliwości umycia dłoni. Dla mnie to nie jest minus ale wiem, że nie każdy takie rozwiązania lubi. Pojemność to 4,7g i zapłacimy za niego ok. 10-12 zł.


 Od producenta:


 Balsam ma lekko zielonkawy kolor i bardzo świeży miętowo-eukaliptusowy zapach z nutką cytryny za który odpowiadają olejki eteryczne. Daje on delikatne uczucie chłodzenia, nie przeszkadza mi to nawet teraz gdy temperatura za oknem spada. W składzie oprócz wazeliny znajdziemy m.in. olejki, miód i lanolinę.


 Konsystencja jest lżejsza od wersji klasycznej, jest bardziej miękka przez co łatwiej go nabrać na palec i rozprowadzić na ustach. Mimo tego nie znika zbyt szybko z warg i nie trzeba ponawiać co chwilę aplikacji. Usta ładnie się po nim błyszczą, nie tworzy się na nich biała warstwa nawet jak nałożymy go więcej. Warstwa jaką po sobie zostawia nie jest klejąca ani mocno tłusta. Przynosi ulgę, przyzwoicie nawilża i zmiękcza. Podobno dobrze się też sprawdzi podczas przeziębienia i opryszczki ale nie miałam na szczęście okazji jeszcze tego przetestować.

 Cukrowy peeling do ust Crystal Scrub


 Peeling zapakowany jest w saszetki, które zawierają 2g produktu i kosztują ok. 2 zł. Nie jest to najwygodniejsze i najłatwiejsze rozwiązanie. Otwarta saszetka w łatwy sposób może ulec zabrudzeniu oraz niekontrolowanemu wyciśnięciu w kosmetyczce. Dlatego ja od razu całość wycisnęłam do małego, zakręcanego, plastikowego słoiczka. Taka forma opakowania jest fajna na wyjazdy bo zajmuje bardzo mało miejsca ale ogólnie wolałabym, żeby był zamknięty w małym słoiczku lub w formie pomadki.

 Od producenta:


 Peeling posiada zarówno słodki zapach jak i smak jednak jest on dla mnie trochę sztuczny, kojarzy mi się z aromatami do ciast. Dlatego na koniec raczej sporadycznie go zlizuję z ust, wolę wytrzeć go w chusteczkę.
 Ma on dość gęstą konsystencję. Baza to wazelina z dodatkiem olejków, miodu i masła shea w której znajduje się sporo drobno zmielonych drobinek cukru. Są one prawie niewidoczne ale wyczuwalne na ustach, nie są zbyt ostre więc nie robią krzywdy. Nie ma problemu z nałożeniem odpowiedniej ilości na usta i wykonaniem masażu, nie spada z palca ani ust. Mimo małej pojemności peeling jest wydajny, wystara spokojnie na kilka aplikacji (zdecydowanie więcej niż 3) co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. Wystarczy nanieść niewielką ilość produktu aby zobaczyć rezultaty. 


 Po zastosowaniu tego peelingu usta są zdecydowanie bardziej gładkie i miękkie. Radzi sobie z drobnymi suchymi skórkami ale przy bardziej wysuszonych ustach pewnie jedna aplikacja nie wystarczy dlatego warto regularnie go stosować. Usta są bardziej zaczerwienione po jego użyciu i wyglądają na pełniejsze. Zostawia po sobie tłustawą warstewkę ale mi to nie przeszkadza bo używam go przed snem a resztki i tak wycieram chusteczką najczęściej.


 Podsumowanie: Balsam do ust przypadł mi do gustu, całkiem nieźle nawilżał i nie trzeba było ponawiać aplikacji co 10 minut. Miał przyjemny zapach/posmak i nie chłodził zbyt mocno przez co nawet teraz przy niższych temperaturach mogłam go używać. Peeling do ust jest fajny pod względem działania, radzi sobie z martwym naskórkiem i wygładza usta. Jednak wolałabym, żeby był zamknięty w słoiczku lub w formie pomadki. Stosowane razem utrzymują moje usta w dobrej formie.

 Mieliście te produkty? Którą wersję Tisane najbardziej polubiliście?

Projekt Denko - Październik :)


 Dzisiaj bez zbędnego wstępu zapraszam na Październikowy Projekt Denko :)


 W tym miesiącu nie ma szału pod względem ilości zużytych produktów ale i nie ma tragedii, bywało gorzej :)




 1. Organic Shop - Krem regenerujący do ciała Banana Milk Shake
 Jeśli ktoś z Was pił shake'a bananowego lub mleko bananowe z Biedronki to wie jak pachniał ten krem do ciała :) Bardzo słodki zapach, dość długo był wyczuwalny. Był wydajny ale pewnie głównie przez duże opakowanie. Właściwości nawilżające wystarczające ale nie spektakularne. Szybko się wchłaniał i nie zostawiał po sobie tłustej warstwy. MOŻE KUPIĘ

 2. Bath & Body Works - Żel pod prysznic Tokyo Lotus & Apple Bloom
 Bardzo lubię żele tej marki, głównie za piękne zapachy, które utrzymują się na skórze. Ten również mnie nie zawiódł pod tym względem. Dodatkowo nie wysuszał dzięki zawartości masła shea i witaminy E, nawet bym powiedziała,  że lekko nawilża. Był wydajny i dobrze się pienił. Jedyne minusy to dostępność i cena. MOŻE KUPIĘ

 3. Original Source - Żel pod prysznic Wild Cherry & Nettle
 Żele tej marki od czasu do czasu pojawiają się w mojej łazience. Zdecydowanie bardziej wolę te kremowe ponieważ typowo żelowe jak ten mają bardziej galaretowatą konsystencję,  która lubi uciekać z dłoni i ciała. Przez to są mniej wydajne choć na pienienie nie narzekałam. Zapach miał ładny, słodko-owocowy. MOŻE KUPIĘ

 4. Sylveco - Balsam myjący do włosów z betuliną
 Nie wiedziałam czego się po nim spodziewać przez nazwę "balsam myjący" ale okazał się na prawdę fajnym kosmetykiem. Dobrze oczyszczał włosy mimo średniego pienienia ale też bez ich plątania. Nie obciążał ich a wręcz po jego użyciu były lekkie, miękkie w dotyku i odbite u nasady. Wystarczała po nim lekka odżywka, nie musiałam sięgać po mocniej działające maski. Jakbym miała się czepiać to bardzo lejącej konsystencji. MOŻE KUPIĘ

 5. BingoSpa - Regenerujący eliksir do kąpieli Silk
 Płyn do kąpieli o delikatnym, ładnym zapachu. Jego największym plusem jest wytwarzanie dużej ilości piany co zdecydowanie uprzyjemnia kąpiel. Nie wysusza skóry i jest dość wydajny. MOŻE KUPIĘ


 6. Ziaja - Naturalny oliwkowy płyn micelarny
 Pojemność idealna na wyjazdy, kupiłam go właśnie jak jechałam na wakacje i zapomniałam przez chwilę, że trzeba zużyć resztkę :) Radził sobie ze zmywaniem makijażu, ładnie, świeżo pachniał i nie robił żadnej krzywdy. MOŻE KUPIĘ

 7. Garnier - Antyperspirant Invisible
 Przyzwoity antyperspirant, może nie chroni w 100% przed potem jednak przed nieprzyjemnym zapachem tak i nie robi plam na ubraniach. Dostępny w Biedronce co chroni przed wizytą w drogerii i wydaniem majątku na kosmetyki przy okazji :) MOŻE KUPIĘ

 8. Prokudent - Płyn do higieny jamy ustnej
 Ma przyjemny, niezbyt mocny "smak", dobrze odświeża oddech. Idealna pojemność na wyjazdy. MOŻE KUPIĘ

 9. Nuxe - Creme Prodigieuse Nawilżający krem do cery normalnej i mieszanej
 Miniaturka kremu, którą polubiłam. Miał dość specyficzny zapach ale nawet z czasem zaczął mi się podobać :) Fajnie nawilżał, nadawał się pod makijaż ale potrzebował czasu na wchłonięcie. Nie zostawiał tłustej ani błyszczącej warstwy na skórze. MOŻE KUPIĘ


 10. Green Pharmacy - Masło do ciała Żurawina i Malina moroszka
 Wcześniej miałam peelingi tej marki ale nigdy masła. Polubiłam je za dość gęstą konsystencję i przyzwoite nawilżenie. Zapach myślałam, że będzie jednak bardziej owocowy, dominowała żurawina z jakąś kremowo-mydlaną nutą ale mimo to był przyjemny. MOŻE KUPIĘ

 11. Arganat - Krem z olejkiem arganowym
 Tłusty, gęsty krem, który używałam zimą i o resztce zapomniałam dlatego dopiero teraz ląduje w denku. Był idealny na mrozy, nawilżał i zostawiał ochronną warstwę na skórze ale gorzej z nadawaniem się pod makijaż. Był na to zbyt tłusty, długo się wchłaniał i skóra się mocno po nim błyszczała, nawet pudry ciężko z tym sobie radziły. Raczej NIE KUPIĘ


 12. Intimea - Chusteczki do higieny intymnej
 Robią co powinny: odświeżają i nie podrażniają. Do tego są łatwo dostępne i tanie. KUPIĘ

 13. BIOLOVE - Półkula do kąpieli Niezapominajka
 Zapach bardzo ładny, delikatny, kwiatowy, uprzyjemniał kąpiel. Dobrze się rozpuszczała i nawilżała ciało dzięki zawartości masła shea i oleju z pestek winogron. Ubolewam nad dostępnością tej marki ale jak będę miała okazję to MOŻE KUPIĘ


 14. Sylveco - Odżywcza pomadka peelingująca <recenzja>
 Uwielbiam! Świetnie radzi sobie z martwym naskórkiem i suchymi skórkami. Nawilża i odżywia usta, odkąd jest w mojej kosmetyczce to są w dużo lepszym stanie. Do tego jest bardzo wygodna w używaniu. KUPIŁAM

 15. Cztery Pory Roku - Odżywka do regeneracji paznokci i skórek
 Sięgałam po nią przed snem, najpierw nakładałam ją na paznokcie i skórki, potem krem do rąk i spać. I powiem Wam, że ładnie nawilżała i nabłyszczała paznokcie przez co pomogła w ich regeneracji po ściągnięciu hybryd. Na razie mam inne produkty do wypróbowania ale MOŻE KUPIĘ.

 16. i 17. Manhattan - Cienie w kremie
 Na początku często sięgałam po różowo-srebrne duo bo nałożenie ich palcem lub pędzelkiem było szybkim makijażem. Ale jak polubiłam się bawić cieniami to odeszły w zapomnienie i teraz nie bardzo już się nadają do użytku dlatego wyrzucam. Chyba już nie są dostępne więc NIE KUPIĘ.

 A jak Wam poszło w październiku zużywanie? Znacie coś z mojego denka?

Kulturalny Październik + Wyniki Rozdania :)

 Za oknem jesień w pełni, i to nie koniecznie piękna i złocista. U mnie przewaga tej pochmurnej, zimnej i deszczowej. A do tego szybko robi się ciemno co sprawia, że w niektóre dni nie widzę ani przez chwilę dnia. A po zmroku na drodze można spotkać leśne zwierzęta, które nie rozglądają się czy coś jedzie. W taki sposób mój samochód spędził tydzień u mechanika (ale jeszcze musi tam wrócić) po spotkaniu z dzikiem. Jego tyłek okazał się bardzo twardy, on pobiegł dalej a ja nie. Także uważajcie kochane bo kolizja z dzikiem to kosztowne spotkanie.
 Ale przechodzimy do głównego tematu czyli do Podsumowania Kulturalnego Października :) Na początek oczywiście książki.

 Alex Kava - Granice Szaleństwa

 Agentka specjalna Maggie O'Dell rozpoczyna urlop. Telefon od przyjaciółki, psycholog Gwen Patterson, zmienia jej wakacyjne plany. Jedna z pacjentek doktor Patterson, Joan, zaginęła w drodze do Connecticut. Czy Maggie mogłaby pomóc w poszukiwaniach?Początkowo agentka O'Dell lekceważy niepokój przyjaciółki. Kiedy jednak w kamieniołomie w Connecticut przypadkowo zostaje odkopana beczka ze zwłokami kobiety, postanawia sprawdzić ten trop. Wkrótce okazuje się, że w opuszczonym kamieniołomie ukrytych jest więcej beczek z ludzkimi zwłokami. Maggie kolejny raz ma do czynienia z seryjnym mordercą, który wybiera ofiary według przerażającego klucza. Zaginiona Joan idealnie pasuje do schematu. Maggie zdaje sobie sprawę, że szanse na jej odnalezienie maleją z każdą chwilą.

 Bardzo lubię książki tej autorki, przeczytałam już kilka. Są ciekawe, trzymają w napięciu a ich zakończenie nie rozczarowuje. Ta nie była więc wyjątkiem :) Jeśli jeszcze nie znacie jej twórczości to warto się zapoznać.


 Carole Mortimer - Historie filmowe

 Bracia Prince, reżyser, aktor i scenarzysta, nie przypuszczają, że scenariusze, które napisze im życie, będą ciekawsze niż niejeden film.
 Pomysł na film
 Nik Prince, sławny reżyser i zdobywca kilku Oscarów, ma pomysł na nowy film. Chciałby przenieść na ekran głośny bestseller „Nie całkiem zwyczajny chłopiec”. Jednak nie może ustalić, kto ukrywa się pod pseudonimem J.I.  Watson. Po wielu trudach udaje mu się dotrzeć do Jinx Nixon, która, jak sądzi Nik, napisała słynną powieść. Ale Jinx wyraźnie go unika i odmawia wszelkich wyjaśnień. Nik nie daje za wygraną i wkrótce odkrywa, że z tą książką wiąże się inna, bardziej poruszająca historia prawdziwego autora.
 Wywiad z aktorem
 Zak Prince, jeden z najprzystojniejszych i najbardziej rozchwytywanych aktorów młodego pokolenia, przebył długą drogę, aby znaleźć się na szczycie. Dlatego tak bardzo ceni sobie prywatność, rzadko pojawia się na przyjęciach i nie udziela żadnych wywiadów. Jednak na prośbę brata robi wyjątek. Zgadza się na cykl rozmów o swojej karierze z młodą dziennikarką Tyler Wood. Spotykają się kilka razy. Zak nabiera do niej zaufania i mówi o sobie coraz więcej. Niespodziewanie w konkurencyjnej gazecie pojawiają się zdjęcia z ich wspólnych spotkań. Gdy Zak odkrywa, że Tyler posługiwała się fałszywym nazwiskiem, jest pewien, że został cynicznie wykorzystany.
 Niedokończony scenariusz
 Rik Prince właśnie rozpoczął pracę nad scenariuszem filmu na podstawie głośnego bestsellera „Nie całkiem zwyczajny chłopiec”. Dla Rika napisanie dobrego scenariusza jest łatwiejsze niż rozmowy z bliskimi osobami. Podobnie jak dla Sapphie Benedickt, autorki thrillerów, z którą miał romans. Kiedyś byli sobie bliscy, ale nie potrafili ze sobą szczerze rozmawiać. Przypadkowe spotkanie sprawia, że Rik chciałby wyjaśnić dawne nieporozumienia. Dziwna i gwałtowna reakcja Sapphie wprawia go w zdumienie. Podejmuje jeszcze jedną próbę i zjawia się w jej domu. To, co zobaczy, zmieni całe jego życie.

 To się nazywa długi opis :) A to dlatego, że książka składa się z trzech części, każda opowiada osobną historię braci Prince. Szczerze mówiąc sama bym się nie skusiła na kupno tej książki, znalazłam ją w ChillBox'ie. Muszę jednak przyznać, że czytało się ją szybko i przyjemnie. To po prostu lekkie do czytania historie miłosne.


 Uwaga, teraz pojawia się nawet jeden film :)

 Adwokat (The Counselor) (2013)

 Michael Fassbender, Brad Pitt, Cameron Diaz, Javier Bardem i Penélope Cruz są świetni w naładowanym akcją, trzymającym w napięciu thrillerze, którego reżyserem jest legendarny Ridley Scott, a scenarzystą uznany pisarz, zdobywca nagrody Pulitzera Cormac McCarthy.
 Sprytny prawnik (Fassbender) jest znany z tego, że często oferuje swe usługi niewłaściwym ludziom. Skuszony szybkim zarobkiem wplątuje się w narkotykowy biznes. Wkrótce przekonuje się, że chciwość ma swoją wysoką cenę. (opis dystrybutora dvd ze strony filmweb.pl)

 Nie do końca się zgodzę z opisem dystrybutora. Mimo gwiazdorskiej obsady film był dla mnie przez większość czasu niezbyt ciekawy. Akcja bardzo zagmatwana i trzeba się skupić, żeby połapać się o co chodzi. Są w nim mocniejsze sceny ale też takie, kiedy gapiłam się na monitor myśląc "WTF?!". Najlepiej w swojej roli wypadła wg mnie chyba Cameron Diaz, pomijając jedną absurdalną scenę. Raczej nie poleciłabym tego filmu jeśli chcecie spędzić miło dwie godziny.


 A teraz czas na piosenki. Długo czekałam na nowy utwór James'a Arthur'a, którego głos uwielbiam i mogłabym słuchać non stop. Wreszcie się doczekałam :) Wpadło mi w ucho jeszcze kilka innych utworów oraz nowe Carpool Karaoke z Lady Gagą.

 James Arthur - Say You Won't Let Go


 The Black Eyed Peas - #WHERESTHELOVE ft. The World 


 Mahmut Orhan feat. Sena Sener - Feel


 Lil Wayne, Wiz Khalifa & Imagine Dragons - Sucker for Pain


 Rag'n'Bone Man - Human


 Carpool Karaoke with James Corden - Lady Gaga


 A teraz czas na wyniki rozdania. Jestem trochę zaskoczona małą liczbą zgłoszeń bo myślałam, że nagrody przypadną Wam do gustu. Rozważałam nawet jego przedłużenie ale stwierdziłam, że nie ma sensu. W końcu robiłam je w ramach podziękowań dla tych co tutaj zaglądają a nie żeby nabić sobie obserwatorów. Tak więc przechodzimy do ogłoszenia zwycięzców.

 Główna nagroda wędruje do: 


 Nagroda pocieszenia trafia do:


 Dziewczyny, bardzo Wam gratuluję i czekam na adresy do wysyłki. Tym, którzy się zgłosili dziękuję i zapraszam do zostania wśród czytelników bo to na pewno nie ostatnie rozdanie :)

Yankee Candle - Zapachy na Halloween: Candy Corn & Forbidden Apple

 Już za kilka dni Halloween dlatego u mnie ostatnio w kominku goszczą zapachy Yankee Candle wypuszczane właśnie specjalnie na tą okazję: Candy Corn oraz tegoroczna nowość Forbidden Apple. Dostępne są one w woskach i samplerach, średnich świecach oraz pillarach. Co roku zmienia się też ich szata graficzna, mój Candy Corn pochodzi z poprzednich lat. Oba zapachy są jeszcze dostępne w sklepie Goodies.pl w cenie 9 zł (woski).


 Candy Corn

 Wosk z limitowanej Halloweenowej serii zapachowej Yankee Candle. Wyczuwalne aromaty: cukierki, słodka kukurydza. (opis ze strony goodies.pl)

 Nie miałam okazji nigdy próbować cukierków Candy Corn, nawet nie widziałam ich na półkach sklepowych w Polsce więc nie miałam pojęcia czego się spodziewać po tym wosku. Dla mnie to słodki, cukierkowy aromat z nutą wanilii i czegoś jeszcze czego nie umiem określić (pewnie ten syrop kukurydziany). Czytałam, że niektórzy czują w nim karmel lub owoce ale mój nos w ogóle tego nie wyłapuje. 


 Jest średnio intensywny, dobrze wyczuwalny ale nie zabija mocą. Na szczęście nie jest zbyt mdły i męczący choć dawkuję go sobie w rozsądnej ilości. 

 Forbidden Apple


 Wosk z limitowanej Halloweenowej serii zapachowej Yankee Candle o zapachu zaczarowanego zielonego jabłka. (opis ze strony goodies.pl)


 Ten zapach pojawił się dopiero w tym roku po raz pierwszy ale mam nadzieję, że wróci za rok w kolekcji halloweenowej. Jest soczyście jabłkowy, słodki ale z minimalną nutką kwaskowatości. Jednak gdzieś tam w tle czai się coś co go odróżnia od np. Sweet Apple YC. Wg amerykańskiej strony YC jest to bergamotka, czarny dąb i wanilia noir.
 Intensywność ma podobną do poprzednika, nie ma tutaj mowy o męczeniu czy bólu głowy.


 Podsumowanie: Candy Corn to taki przyjemny słodziak, nie jest dla mnie jakoś szczególnie interesujący ale może niektórzy docenią jego prostotę. Forbidden Apple za to chętnie widziałabym u siebie w słoju ponieważ bardzo lubię tą wersję soczystego jabłuszka. Do tego uważam go za uniwersalny zapach, można go palić cały rok a nie ograniczać się tylko do okolic Halloween :)

 Znacie te zapachy? Który bardziej jest w Waszym guście? Wolicie owocowe czy słodkie zapachy?

 Zapraszam Was też do udziału w rozdaniu z okazji trzecich urodzin mojego bloga. Jeszcze tylko kilka dni możecie się zgłaszać a myślę, że warto. Do wygrania m.in. B&BW, Organique, TBS, Love Me Green, Yankee Candle itd. 

http://blondechemist.blogspot.com/2016/09/rozdanie-z-okazji-trzecich-urodzin-bloga.html

Sylveco - Hibiskusowy tonik do twarzy

 Przepraszam. Znowu. Chyba brak słońca wpędza mnie w jesienną depresję. Dość.
 Tonik do twarzy to obowiązkowy krok w mojej pielęgnacji zarówno rano, jak i wieczorem. Rano nie lubię myć twarzy, służy mi więc wtedy głównie do oczyszczania cery z nagromadzonego podczas snu sebum. Wieczorem jest dopełnieniem demakijażu oraz przywraca równowagę skórze po jej umyciu. Ostatnio testuję hibiskusowy tonik do twarzy marki Sylveco, który znalazłam w Joy Box'ie. Jeśli jesteście szczęściarami i możecie dostać produkty tej marki stacjonarnie to Wam zazdroszczę :) Na szczęście dla mnie można je kupić w wielu sklepach internetowych, za tonik zapłacicie ok. 15 zł.


 Opakowanie to ciemna, plastikowa buteleczka zamykana na "klik" o pojemności 150 ml. Zamknięcie jest bardzo szczelne i czasami wręcz trudno mi je otworzyć. Otwór jest dość małych rozmiarów ale nie ma problemów z wydostaniem produktu na wacik, wystarczy nacisnąć buteleczkę.


 Od producenta: 


 Konsystencja jest oryginalna, niby żelowa ale dość rzadka i płynna. Jeśli na waciku wyląduje duża ilość produktu to trzeba uważać żeby nie spłynął z niego bo "utrzymuje się" na jego powierzchni. Przy mniejszej wacik go "wpija" i nie ma z tym problemu. Nie sprawia problemów przy rozprowadzaniu na twarzy. Na początku czuć jakby zostawiał po sobie trochę lepką warstwę na skórze ale po chwili wchłania się i to uczucie znika. Tonik jest czerwono-brunatnego koloru i ma delikatny roślinny zapach, podobno przypomina herbatkę hibiskusową.
 

 Tonik stosowałam zarówno rano jak i wieczorem jednak uważam, że lepiej spisywał się stosowany po dniu bez makijażu lub po wstaniu z łóżka. Czasami miałam wrażenie, że nie do końca radził sobie z pozostałościami makijażu. Nie jest to więc dobrze oczyszczający tonik, raczej lekko odświeżający i nawilżający. Jeśli po myciu twarzy czuję ściągnięcie to przynosi ulgę. Zostawia skórę miękką i wygładzoną. Nie wyrządził mi krzywdy, nie podrażniał ani nie zapychał. 


 Podsumowanie: Tonik Sylveco jest bardzo przyjemny w używaniu. Cera po jego użyciu jest odświeżona i nawilżona oraz miła w dotyku. Jak dla mnie nie jest mocno oczyszczającym produktem dlatego wolę go stosować rano, po wstaniu z łóżka. Mimo to, sięgam po niego chętnie i nie wykluczam powrotów w przyszłości :)

 Miałyście go? Jak się u Was sprawował? Lubicie takie "inne" konsystencje czy wolicie tradycyjne?

 Zapraszam Was też do udziału w rozdaniu z okazji trzecich urodzin mojego bloga. Macie czas do końca miesiąca a jest o co walczyć moim zdaniem :) Do wygrania m.in. B&BW, Organique, TBS, Love Me Green, Yankee Candle itd.

http://blondechemist.blogspot.com/2016/09/rozdanie-z-okazji-trzecich-urodzin-bloga.html