Kulturalny Styczeń + Luty :)

 Witajcie kochani w podsumowaniu kulturalnym stycznia i lutego :) Początek roku nie był zbyt obfity jeśli chodzi o wolny czas na czytanie, pisanie na blogu lub oglądanie filmów (z tym zawsze mam problem). Jak już coś oglądałam to były to jednak filmiki na YouTube lub seriale, za filmy ciężko mi się zabrać. Ale przez dwa miesiące udało mi się skończyć cztery książki więc w sumie norma jak dla mnie. I to od nich tradycyjnie zaczniemy.

 Konrad Gonera - Śmiertelnie prosta gra

 Typowe amerykańskie miasto staje się świadkiem czarnej serii morderstw. W niewyjaśnionych okolicznościach znikają młode kobiety. Co jakiś czas odnajdywane są kolejne ciała, bestialsko zmasakrowane i zgwałcone. Porucznik Ernest Minneman i detektyw Rachel Fox rozpoczynają żmudne, pełne niebezpieczeństw śledztwo, w którym stawka, o którą toczy się gra, może okazać się niezwykle wysoka. Jak daleko posunie się oprawca, by zrealizować swoje wyuzdane pragnienia? Czy policyjny duet zdoła zatrzymać mordercę i gwałciciela w odpowiednim czasie? Czy wreszcie istnieje nić, która może łączyć zachowanie stróża prawa i seryjnego mordercy?

 Książka bardzo cienka (niecałe 200 stron) więc szybko ją przeczytałam ale to też zasługa ciekawej, wciągającej akcji. Śledzimy ją i z punktu widzenia mordercy i policji. Niektóre fragmenty są dość brutalne ale da się przez nie przebrnąć jeśli nie jesteście zbyt delikatni pod tym względem :) Zakończenie nie rozczarowuje, tak samo jak i cała historia.


 Ian Rankin - Kryptonim Wiedźma

 Gdyby nie system ostrzegawczy na pokładzie łodzi, w której tajemnicza terrorystka zostawiła śmiercionośny ładunek tuż przed dostaniem się na brytyjski brzeg, nikt pewnie by nie tropił tej kobiety. Nikt poza Dominikiem Elderem, byłym pracownikiem wywiadu, który nawet na emeryturze zgłębia akta Wiedźmy najlepszej w swoim fachu.

 Jeśli chcecie zaznajomić się z twórczością tego autora to nie zaczynajcie od tej książki. Ma o wiele lepsze w swoim dorobku, szczególnie seria z inspektorem Rebus'em. Tą przeczytałam i może nie była zła ale trochę niedosytu czułam po jej zakończeniu.


 Maria Ernestam - Córki Marionetek

 Pewnego letniego popołudnia na początku lat 80. jedenastoletnia Mariana dokonuje mrożącego krew w żyłach odkrycia. Na karuzeli, do jednego z drewnianych koni, przywiązano jej ojca. Ktoś go śmiertelnie postrzelił, a policja nie może znaleźć sprawcy okrutnego morderstwa.
 Trzydzieści lat później Mariana nadal mieszka w tym samym miejscu. Z wielką pasją i oddaniem prowadzi rodzinny sklep z zabytkowymi lalkami. Spokojne i przewidywalne życie kobiety przerywa nagłe pojawienie się Amerykanina Amnona Goldsteina, który bardzo szybko zyskuje zaufanie mieszkańców szwedzkiego miasteczka. Amnon ma w planach odrestaurować starą piekarnię, ale także wyjaśnić pewien sekret z przeszłości.
 Przybycie do miasteczka nieznajomego otworzy całkiem nowy rozdział w życiu Mariany, która będzie zmuszona skonfrontować się z nigdy niewyjaśnioną tragedią. Obecność Goldsteina wywoła lawinę nieprzewidywalnych i tajemniczych zdarzeń, a mieszkańcy miasteczka nagle odważą się robić rzeczy, o których przedtem nawet nie śnili.

 Na okładce pisało, że to thriller psychologiczny. No nie, w życiu bym tego thrillerem nie nazwała. Opowieść jest jak najbardziej psychologiczna, ale nie trzyma w napięciu. Ale przyznaję, że są jakieś zwroty "akcji". Dla mnie była ta książka trochę zbyt mało ciekawa, żebym z chęcią po nią sięgnęła drugi raz w przyszłości.


 Camilla Läckberg - Ofiara Losu

 Policja w Tanumshede bada wypadek samochodowy. To, co wygląda na tragiczne zdarzenie bez śladów niecnych intencji, okazuje się czymś całkowicie innym. Kiedy dochodzi do kolejnego, równie tajemniczego zdarzenia, pojawia się hipoteza - a jeśli ofiary obu wypadków zamordowano? Policja w Tanumshede ma pełne ręce roboty, tym bardziej, że w mieście kręcony jest telewizyjny reality show. Obecność kamer podsyca konflikt między „gwiazdami” i miejscową społecznością. Czy zabójca kryje się w małej grupie głodnych mediów ludzi współpracujących z programem? Patrik Hedström ma problem z tą sprawą. Jednocześnie zajęty jest przygotowaniami do zbliżającego się ślubu z Ericą. Czas i wysiłek poświęcony na planowanie tego wydarzenia przeradza się we frustrację i stres. Napięcie jest tym większe, że u Patrika i Eriki mieszka jej siostra Anna z dziećmi. Niełatwo jest poradzić sobie z drobnymi kompromisami codziennego życia i ściganiem zabójcy, co widać szczególnie wyraźnie, kiedy Erica zaczyna podejrzewać, że Anna interesuje się całkowicie nieoczekiwanie jedną z osób z kręgu jej przyjaciół...

 Tej autorki nie muszę chyba przedstawiać, nie pierwszy raz się pojawia u mnie. To kolejna udana powieść z ciekawą akcją i niespodziewanymi zwrotami. Zakończenie nieprzewidywalne, nie rozczarowuje. 


 Jeśli chodzi o muzykę to mam kilka ulubionych piosenek, których mogę słuchać non stop. Jak je słyszę w radiu to od razu podśpiewuję sobie lub zaczynam się ruszać :)

 Ed Sheeran - Shape of You


 Steve Aoki & Louis Tomlinson - Just Hold On


 Ofenbach - Be Mine


 Taylor Swift, Zayn Malik - I Don't Wanna Live Foreve


 Kings Of Leon - Reverend


 Chwilowo nie przychodzi mi więcej utworów do głowy więc na tym skończę. Jak macie jakieś fajne książki, filmy lub piosenki to możecie się podzielić tytułami. Życzę Wam udanego tygodnia :)

Lirene - Dwufazowy płyn do demakijażu oczu

 Moje oczy często łzawią dlatego najczęściej sięgam po wodoodporne tusze do rzęs. Ale żeby je zmyć potrzebny jest dobry płyn dwufazowy. Jak sprawdził się ten marki Lirene zaraz się dowiecie :) Jego pojemność to 125 ml, kosztuje ok. 15 zł.


 Opakowanie jest przeźroczyste, widać ile produktu nam zostało i czy dobrze wymieszały się warstwy. Zamykanie "na klik" jest wygodne w użyciu i  łatwo się otwiera. Otwór odpowiednich rozmiarów, bez problemu wlewamy na wacik tyle produktu ile chcemy. 


 Od producenta:


  Konsystencja jest typowa dla płynów dwufazowych, wodnista i lekko tłusta. Fazy łatwo się ze sobą łączą i nie oddzielają się zbyt szybko, spokojnie zdążymy nanieść je na wacik. Na szczęście po jego użyciu nie mam mgły na oczach czy bardzo przeszkadzającej tłustej warstwy. Resztek łatwo się pozbyć tonikiem jeśli ktoś jest bardzo wyczulony na tym punkcie.  


 Jeśli chodzi o główne zadanie czyli demakijaż to radzi sobie z większością produktów, w tym wodoodpornych. Nie trzeba mocno trzeć oczu aby pozbyć się cieni, wodoodpornych kresek czy tuszu. Wyjątkiem wśród moich kosmetyków są tusze marki L'oreal, które są prawdziwie wodoodporne i ciężko je czymkolwiek zmyć.
 Producent obiecuje też dłuższe i mocniejsze rzęsy ale nie zaobserwowałam, żeby urosły. Nawet tego nie oczekiwałam w sumie. Trzeba jednak przyznać, że nie wypadają podczas demakijażu. Nie powoduje również podrażnienia oczu, szczypania ani łzawienia. Do tego jest wydajny, wystarczają mi góra dwa waciki namoczone tym produktem.


 Podsumowanie: Dwufazowy płyn marki Lirene jest warty uwagi. Wg mnie ma cechy jakie musi spełniać tego typu produkt: radzi sobie z demakijażem wodoodpornych produktów bez konieczności długiego męczenia się i tarcia (wyjątek: wodoodporne maskary L'oreal) oraz nie zostawia mocno tłustej warstwy. Do tego nie powoduje łzawienia i szczypania oczu.

 Używałyście ten płyn? Jak Wam się sprawdzał? A może znacie skuteczniejsze? 

Vianek - Odżywcza maseczka-peeling do twarzy

 Należę do osób, które są maseczkowymi leniami. Ciężko mi się zmobilizować do ich regularnego stosowania. Dlatego odżywcza maseczka-peeling marki Vianek tak mnie zaciekawiła. Wydaje się być idealnym produktem aby zaoszczędzić czas a jednocześnie zadbać o cerę. Pojemność to 75 ml i kosztuje ok. 18-20zł. 


 Opakowanie to plastikowa tubka zamykana na "klik". Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, wolę to od zakręcanych opakowań :) Otwór jest odpowiednich rozmiarów więc nie miałam problemów z wydobyciem produktu, tylko przy końcu jest to trochę utrudnione. Grafika typowa dla tej marki czyli kwieciste wzory w kolorze odpowiednim dla danej serii, w tym wypadku pomarańczowe.


 Od producenta: 


 Zapach jest dość specyficzny ale nie powiedziałabym, że nieprzyjemny. Trochę słodki, trochę roślinny. Kolorem i wyglądem może nie zachęca do nakładania na twarz ale nie warto się zniechęcać :)
 Konsystencja jest dość gęsta ale nie zbita. Zawiera sporą ilość drobno zmielonego siemienia lnianego zanurzonego w mieszance maseł i olei. Czasami najpierw wydobywała się sama oleista ciecz więc warto wstrząsnąć opakowanie przed użyciem. Zostawia po sobie lekko tłustawą warstewkę na skórze ale nie przyczynia się ona do zapychania.


 Podczas masażu twarzy tym peelingiem czuć zawarte w nim "drobinki" ale nie nazwałabym go ostrym zdzierakiem. Jednak spełnia swoją rolę i radzi sobie z usuwaniem suchych skórek. Powinien sprawdzić się u osób z wrażliwą skórą, moim naczynkom nie zaszkodził. Część lnu ląduje w wannie lub w zlewie, trochę może wylądować też we włosach dlatego polecam używać tego produktu przed kąpielą lub w jej trakcie. Pozostawiony na twarzy jako maseczka ładnie nawilża. Nie ma mowy o wysuszeniu czy też ściągnięciu skóry po jego użyciu. Za to można się cieszyć miękką w dotyku i gładką skórą.


 Podsumowanie: Bardzo polubiłam ten produkt. Jego działanie 2w1 oszczędza czas podczas kąpieli a działanie jest jak najbardziej zadowalające. Twarz jest miękka i gładka w dotyku, pozbawiona suchych skórek i lekko nawilżona. Nie podrażnia ani nie powoduje żadnych negatywnych efektów. Chętnie kiedyś wrócę do niego.

 Używałyście go? Lubicie produkty 2w1?

Yankee Candle - Cherries On Snow (wosk)

 Póki zima za oknami to korzystam ile mogę i palę zapachy idealnie pasujące do tego okresu. Dzisiaj przedstawię Wam wosk marki Yankee Candle - Cherries On Snow. Jest to zapach limitowany więc warto się na niego skusić póki jeszcze jest w sprzedaży. Na stronie Goodies.pl nadal jest dostępny w cenie 9 zł. Można też zaopatrzyć się w świecę.


 Cherries On Snow

 Wosk ze świątecznej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu czarującej mieszanki soczystych wiśni ze słodkimi migdałami z dodatkiem zimowej świeżości śnieżnego puchu. (opis ze strony goodies.pl)


 Wiśnie nie kojarzą mi się zbytnio ze świętami ale niech będzie, że ze względu na nazwę wosk zakwalifikujemy do zimowych. Na pierwszym planie są wisienki, chyba nikogo to nie zdziwi. Nie są to jednak świeże i soczyste owoce. Bardziej kojarzą mi się ze słodkimi, kandyzowanymi dodatkami na torcie. Może to jedzeniowe skojarzenie spowodowane jest przez migdałowy aromat, który przebija w tle. I choć dziwnie to zabrzmi to czuć też jakby chłodną nutkę, może to moja podświadomość chce gdzieś ten śnieg umiejscowić :)


 Mimo, że zapach należy do słodziaków to nie jest bardzo ulepkowy i mdlący. Przynajmniej dla mnie mieści się w granicach akceptowalnej dawki słodyczy:) Intensywność dobra, ładnie go czuć w pomieszczeniu ale też nie zabija mocą.


 Podsumowanie: Mimo "śniegu" w nazwie nie uważam tego zapachu za typowo zimowy. Owszem, sprawdza się teraz ale będzie uprzyjemniał chłodniejsze dni bez względu na porę roku (no może z wyjątkiem gorącego lata). Jeśli Was zaciekawił to warto się śpieszyć z jego zakupem póki jest okazja.

 Poznaliście już ten zapach? Kuszą Was limitowane edycje Yankee Candle czy nie bardzo?

Urban Decay - Paleta cieni Naked 3

 Odkąd tylko zaczęłam oglądać filmy na YouTube i czytać blogi o tematyce "beauty" marzyła mi się paleta cieni Urban Decay. Długo się opierałam aż w końcu stwierdziłam, że czas zrobić sobie prezent. Mój wybór padł na Naked 3. Dostaniecie je w sklepie internetowym Urban Decay lub w perfumeriach Sephora w cenie 239 zł. Są to drogie palety więc warto czekać na jakąś promocję. 


 Opakowanie jest metalowe i solidne ale zarazem eleganckie i przyciągające wzrok (przynajmniej mój). Podróżowała ze mną wiele razy, nawet do Hiszpanii i nic jej się nie stało. Nie ma szans, żeby sama się otworzyła w kosmetyczce. Łatwo utrzymać je w czystości, wystarczy przetrzeć np. chusteczką. Posiada duże lusterko i pędzelek, który nie jest najlepszej jakości ale da się go wykorzystać. Płaska część może nam posłużyć do nakładania cieni, szczególnie wygodnie mi się to robi na dolnej powiece. Druga, bardziej "puchata" nadaje się bardziej do rozcierania granic. W kartoniku znajdowały się dodatkowo próbki czterech baz pod cienie tej firmy.


 W środku znajduje się 12 cieni, każdy o gramaturze 1,3g. Kolorystyka palety utrzymana jest w odcieniach różu i brązu. Znajdziemy w niej zarówno maty jak i bardziej błyszczące cienie: metaliczne, satynowe oraz z drobinkami. Nadają się zarówno do makijażu dziennego jak i wieczorowego. Pigmentacja większości z nich jest zadowalająca. Jedynie odcień Dust odstaje od reszty i trzeba się z nim trochę napracować.


 Odcienie są tak dobrze dobrane, że świetnie się ze sobą łączą. Nie potrzeba wielkich zdolności ani długiego blendowania aby makijaż ładnie wyglądał. Wystarczy kilka ruchów pędzelkiem i gotowe. Wiele osób zarzuca im, że zlewają się one ze sobą i nie widać, że nałożyłyśmy kilka różnych kolorów. Dla mnie to nie jest wada. To idealne rozwiązanie dla tych co nie mają dużo czasu na zabawę makijażem. Są najlepszym wyborem gdy o 5 rano śpieszę się do pracy. Podczas nakładania mogą się trochę osypywać (szczególnie Dust oraz Blackheart) ale nie ma tragedii.


 Powyżej od lewej: (opisy odcieni pochodzą ze strony urban-decay.pl)
 Strange matowo-satynowy jasny róż
 Dust metaliczny jasny róż z opalizującym drobnym brokatem
 Burnout satynowy jasny brzoskwiniowy róż
 Limit matowy jasny przydymiony róż


 Od lewej:
 Buzz połyskujący metaliczny róż z drobnym srebrnym brokatem
 Trick połyskujący jasny miedziany róż z połyskiem i stonowanymi drobinkami
 Nooner matowy brązowy róż
 Liar średni metaliczny śliwkowy z połyskiem


 Od lewej:
 Factory satynowy różowy brąz
 Mugshot metaliczny beżowy z domieszką różu
 Darkside satynowy głęboki beżowo-śliwkowy
 Blackheart przydymiona matowa czerń z różowo-czerwonymi drobinkami


 Jeśli chodzi o trwałość to nie mam jej nic do zarzucenia. Czasami makijaż mam przez 18 h na sobie i przez cały ten czas są one w świetnym stanie. Nic się nie roluje, nie ściera, nie blaknie. Ewentualnie dolna powieka przegrywa czasami ze łzami. Jednak zaznaczam, że u mnie zawsze cienie lądują na bazie.

 Podsumowanie: Nie żałuję ani złotówki wydanej na tę paletę. To inwestycja na lata, kolory bardzo mi odpowiadają i dobrze się w nich czuję. Są świetnie dobrane przez co ładnie się ze sobą łączą i nawet ktoś nie doświadczony w makijażu poradzi sobie z nimi. Jedyny mały minus to trochę się osypują.

 Macie któraś z paletek marki Urban Decay? Która wersja Naked najbardziej trafia w Wasz gust?  A może wcale Was one nie kuszą?

 P.S. Starałam się zrobić zdjęcia w miarę dobrze oddające kolory ale to wcale nie jest takie łatwe. Mam nadzieję, że choć trochę Wam je przybliżyłam. I choć bardzo chciałabym pokazać jakiś makijaż z ich udziałem to moje zdolności w fotografii i sprzęt są na to zbyt kiepskie.