Yankee Candle - Red Apple Wreath (wosk)

 Po długich poszukiwaniach kominka zapachowego, wreszcie jakiś kupiłam. Niestety wybór stacjonarnie był strasznie mały. Większość miała albo malutkie miseczki, w których co najwyżej zmieściłoby się kilka kropelek olejku zapachowego albo była brzydka i kolorystycznie mi nie pasowała do pokoju. Zniechęcona poszukiwaniami wybrałam jeden z dwóch kominków, które się jako tako nadawały ale nie jestem do niego przekonana. Nie podoba mi się za bardzo ale najważniejsze, że mogłam wreszcie zacząć testować woski Yankee Candle. Jak wiadomo woski kosztują 6 zł (niektóre 7zł) i można je kupić m.in. w sklepie internetowym goodies.pl.
 Jako pierwszy wypróbowałam wosk o nazwie Red Apple Wreath.
 Wosk z serii Housewarmer łączący w sobie zapach czerwonych jabłek, orzechów, szczypty cynamonu oraz syropu klonowego. (opis ze strony goodies.pl)

 W porównaniu do samplera Christmas Memories (o nim pisałam tutaj) ten zapach jest nadal "ciepły" i ciężki ale za sprawą cudownego aromatu jabłek zyskuje odrobinę świeżości. Czuję również cynamon i jakąś słodycz, może ten syrop klonowy (ale nie mam pojęcia jak on pachnie bo nie używałam nigdy). Orzechy gdzieś mi chyba umknęły, w porównaniu do Christmas Memories gdzie było ich pełno.
 Intensywność zapachu jest jeszcze większa niż samplera Christmas Memories. Tamten wyczuwałam w 2 pokojach sąsiadujących, wosk czuć w 3 pokojach i na korytarzu :) A do kominka włożyłam tylko mały kawałek. Już po 10 minutach pokój wypełniony był zapachem. Myślałam, że jeden kawałek starczy na dwa palenia a tutaj niespodzianka: 4 palenia (2x1godz i 2x1,5godz.), przy piątym już bardzo słabo pachniał. Szybciej musiałam zmienić podgrzewacz bezzapachowy bo się wypalił niż wosk. Oczywiście z każdym paleniem tracił na intensywności ale nie przeszkadzało mi to, w moim pokoju było go za każdym razem czuć co było najważniejsze :) Wyczuwalność wosku po zgaszeniu również mnie zaskoczyła (tak jak intensywność maleje z każdym zapaleniem). Pierwszy raz zapaliłam go w godzinach 21:00-22:00, ok. 4 w nocy wychodziłam z psem na dwór i po powrocie do pokoju nadal czułam Red Apple Wreath :)
kominek zapachowy
 Wosk waży 22g podobno i ma starczać na ok. 8 godz. palenia. Coś czuję, że w moim małym pokoju starczy na zdecydowanie więcej :)
 Z każdym produktem coraz bardziej rozumie zachwyt nad produktami Yankee Candle :)

 PS. Resztki samplera Christmas Memories właśnie palą się w kominku, czuć go :)

Dermaglin - Maseczki z zieloną glinką kambryjską

 Nie jestem maseczkomaniaczką. Jak zrobię sobie maseczkę raz na 2-3 tygodnie to jestem z siebie zadowolona. Choć ostatnio staram się trochę częściej po nie sięgać, z różnym skutkiem.
 Poza maseczką z Avonu (którą chcę wykończyć a o której pisałam tutaj) sięgam najczęściej po maseczki Dermaglin z zieloną glinką kambryjską. Na zmianę wybieram przeciwtrądzikową (z aloesem i owsem) oraz oczyszczająco-odżywczą (z jedwabiem i olejkiem jojoba). Jedna saszetka (20g) kosztuje niecałe 6zł i starcza mi zazwyczaj na 3 użycia (o ile nie robię pomiędzy nimi dużych przerw i nie zaschnie mi połowa :) ).
przeciwtrądzikowa i oczyszczająco-odżywcza
 Maseczka przeciwtrądzikowa jest skierowana dla cery skłonnej do wyprysków, mieszanej oraz tłustej, natomiast oszczyszczająco-odżywcza dla każdego rodzaju cery. Obietnic producenta jest sporo więc prościej będzie wstawić zdjęcie niż je streszczać :) Możecie też zobaczyć ich krótkie składy.
przeciwtrądzikowa i oczyszczająco-odżywcza
 Obie mają taką samą gęstą konsystencję i zielono-szary kolor, który po wyschnięciu zmienia się na bardziej szary. Przed otworzeniem radziłabym trochę "pougniatać" saszetkę bo przy dłuższym leżeniu w naszych zapasach może mieć w niektórych miejscach gęstszą konsystencje a w niektórych rzadszą. Zapach nie należy do najładniejszych ale też nie śmierdzi, ja już się przyzwyczaiłam do niego. Rozprowadzanie na twarzy nie sprawia trudności, trochę gorzej ze zmywaniem ale idzie się do tego przyzwyczaić. Resztki zawsze wycieram ręcznikiem papierowym. Zasychając robi się z niej skorupka, gdy próbujemy coś mówić czy się uśmiechać to zaczyna pękać co nie jest najbardziej komfortowe więc staram się w tym czasie milczeć w samotności :) 
 Jeśli chodzi o działanie to obie u mnie się zachowują podobnie. Skóra po ich zastosowaniu jest wyraźnie oczyszczona, wszystkie czarne kropeczki znikają :) Z większymi zmianami oczywiście sobie od razu nie poradzi ale mam wrażenie, że szybciej się goją jak zastosuję maseczkę dlatego przy większych wysypach zawsze po nie sięgam. Skóra jest gładka i miła w dotyku, matowa ale też trochę ściągnięta więc zawsze stosuję po nich krem nawilżający. Nie podrażniają mnie ani nie uczulają.
 Jak na takie saszetki są dość drogie dlatego warto je kupować na promocji. Tym bardziej, że mi często nie udaje się wykorzystać całości bo zasycha jak zapomnę o niej i za późno chcę zużyć resztę.  Ja jednak bardzo polubiłam się z tymi maseczkami i zawsze mam chociaż jedną w domu.
 Używałyście maseczek Dermaglin? Polubiliście się z nimi czy wolicie jakieś inne?

Kosmetyki z H&M - cienie

 Na pewno każdy wie, że w sklepach H&M można znaleźć również kosmetyki. Dawno temu próbowałam maseczkę do włosów (teraz już ich chyba nie ma), z której byłam zadowolona. Lakier do paznokci o którym pisałam w jednym z pierwszych postów się nie sprawdził u mnie, może inne kolory lub nowsze wersje są lepsze. Najdłużej ze mną były jednak cienie do powiek, które teoretycznie powinnam już wyrzucić bo są ze mną dłużej niż 2 lata. Praktycznie gorzej mi to wychodzi :) Nie pamiętam już, które były moim pierwszym zakupem. Nie pamiętam też ile kosztowały ale nie należały do drogich, biorąc pod uwagę obecne ceny i moją niechęć do wydawania dużych sum na jeden kosmetyk.
Hello Kitty
 Pierwszym produktem, który Wam przedstawię jest mała paletka z czterema cieniami. Pisze na niej Hello Kitty ale nie była w dziale dziecięcym :) Urzekły mnie kolory i brokatowe, mocno błyszczące wykończenie. Na zdjęciach widzicie tylko 3 z nich ponieważ srebrny wykończyłam całkowicie. Pozostałe to: waniliowy, jasny fiolet oraz złoto-brązowy. Niestety podczas używania okazało się, że tylko na wierzchu jest brokat, pod spodem są zwykłe, błyszczące cienie. Jednak mimo wszystko bardzo się z tą paletką polubiłam choć najczęściej sięgałam bo dwa jasne odcienie. Po dwa kolejne sięgałam rzadziej, nie bawiłam się wtedy w skomplikowane makijaże (czytaj: jeden cień i gotowe). 
Hello Kitty
 Bez bazy utrzymywały się średnio, zresztą jak wszystkie cienie na moich powiekach. Na bazie już było dużo lepiej i 6-7 godz. potrafiły przetrwać. Pigmentacja mnie również zadowalała, najsłabiej wypadał fiolet a najlepiej srebro. Na szczęście nawet po tak długim czasie nie uczulają mnie, nie podrażniają oczu ani nie pogorszyła się ich jakość. Gdyby tak było to na pewno wylądowałyby w koszu, a tak jeszcze czasami je użyję jak się śpieszę :)
pigment turkus morski
 Drugi cień jest już pojedynczy i sypki. Jest w ślicznym kolorze morskiego turkusu. Zdjęcia przekłamują niestety kolor i na żadnym nie udało mi się uchwycić rzeczywistej barwy. Musicie mi uwierzyć na słowo. Znajdziemy w nim również delikatne srebrne drobinki, które dają przepiękny efekt na oczach. Często wybierałam go na wieczorne wyjścia.
cienie morski turkus
 Mocno napigmentowany, wystarczy jedna warstwa do idealnego pokrycia powieki kolorem. Z bazą trzymał się podobnie do poprzedników. Podczas nakładania trochę się osypywał ale taki urok większości sypkich cieni. Niestety nie udało mi się znaleźć zamiennika tego koloru i tego efektu jaki daje. I zanim mi się to nie uda to nie mam zamiary go wyrzucić. Również nie uczulał, nie podrażniał i nie zmienił swoich właściwości. 

 Ale się rozpisałam. Wiem, że te produkty nie są już dostępne w sklepach H&M. Chciałam Was tylko przekonać, że również tam można znaleźć fajne, niedrogie kosmetyki. Mam nadzieję, że mi się udało :)

Farmona, Sweet Secret - Migdałowy krem do rąk

 Kremy do rąk to jeden z tych produktów, które lubię zmieniać. Głównie dlatego, że żaden jeszcze mnie nie zachwycił, wszystkie są po prostu niezłe. Tym razem sięgnęłam po migdałowy krem do rąk i paznokci (Słodkie Trufle i Migdały) marki Farmona z serii Sweet Secret. Cena za 100ml produktu to ok. 6zł.
Słodkie Trufle i Migdały
 Plastikowa, wygodna w użytkowaniu tubka ma bardzo apetyczny nadruk: czekoladki i migdały. Zapach jest intensywny, słodki i dość długo wyczuwalny. Na jesień i zimę idealny ale w cieplejszym okresie nie sięgnęłabym po niego.
 Przy opisie producent tak się ładnie postarał, że nawet Wam pokażę oryginalne słowa (żeby odczytać musicie powiększyć obrazek jeśli Was to interesuje). Zniewalający, fascynujący, rozpieszczający - jak mogłam się nie skusić na ten produkt :)
Słodkie Trufle i Migdały
 Konsystencja dość gęsta, kremowa, łatwo się go rozprowadza na dłoniach. W dzień go rzadko stosowałam, jakoś ciężko mi o tym pamiętać. Za to na noc nakładałam dość sporą ilość co oczywiście opóźniało wchłanianie kremu i zostawiało delikatny film na dłoniach. Nie jest to jednak tłusta czy klejąca warstwa oblepiająca skórę. Raczej przyjemna, zostawia skórę gładką i miłą w dotyku. Nawilża ale raczej nie poradzi sobie z mocno przesuszoną skórą. Nie podrażnia ani  nie wysusza, jest wydajny. Jedyny minus to dostępność, nie widziałam go jeszcze w Rossmannach ani w Naturach.
 Myślę, że jeśli ktoś lubi kosmetyki o apetycznych, słodkich zapachach to ten krem jest czymś dla Was :)

 Na koniec chciałabym zauważyć, że mam już 103 obserwatorów co mnie ogromnie cieszy. Nie spodziewałam się, że dojdę do takiej liczby. Dziękuję Wam wszystkim, że wchodzicie, czytacie i komentujecie moje wypociny. O wiele przyjemniej się pisze ze świadomością, że poza mną ktoś jeszcze to przeczyta. Całusy wdzięczności dla Was :*

Lisa McMann - trylogia

 Lisa McMann jest amerykańską pisarką, która napisała trylogię dla młodzieży. W jej skład wchodzą: "Sen", "Mgła", "Koniec". Kupiłam je dość dawno temu na promocji w Carrefour, gdzie każda z tych trzech książek kosztowała poniżej 10zł. Drugi tom ma inny format niż reszta co na półce regału mnie trochę irytuje, ale nie oceniajmy książki po okładce czy formacie :)
Opis z okładki ("Sen"):
 "Siedemnastoletnia Janie widzi cudze sny. Wciągana w nie wbrew własnej woli, staje się przymusowym świadkiem rozgrywających się w nich wydarzeń. Pewnego dnia do klasy przychodzi nowy chłopak, który potrafi kontrolować sny. Ale nawet on może okazać się bezradny, gdy Janie trafi w środek koszmaru. Po raz pierwszy jest kimś więcej niż obserwatorką czyichś makabrycznych fantazji. Jest ich uczestniczką..."
Sen. Mgła, Koniec
 Tradycyjnie opisów pozostałych części nie zamieszczam, żeby nie zdradzać fabuły. Jednak wg mnie opis z pierwszej okładki jest trochę przekłamany, inaczej bym go sformułowała. 
  Książki raczej należą do gatunku fantasy, osobiście lubię od czasu do czasu sięgnąć po taki rodzaj literatury. Sam pomysł na fabułę mi się podobał, jednak czuję niedosyt. Początek pierwszej części był trochę nudny, takie wprowadzenie w temat, potem się rozkręciła trochę. Najlepsza jest zdecydowanie część druga, najwięcej się w niej dzieje. W trzeciej części zabrakło mi konkretnego zakończenia. Owszem jakaś decyzja była podjęta ale wolałabym więcej konkretów. Denerwował mnie trochę sposób pisania tzn. co chwilę pomiędzy tekstem jest napisana data lub godzina, dlatego przestałam zwracać uwagę na większość tych znaczników czasowych. Mimo to książkę czyta się szybko i dość przyjemnie. Nie są zbyt grube, ok. 230 stron więc skończyłam je w ekspresowym tempie.
 Na pewno są książki lepsze i ciekawsze od tych. Ale w nudny, zimowy wieczór można po nie sięgnąć. Albo gdy nie ma się za dużo wolnego czasu i chcemy coś w miarę cienkiego i szybkiego do czytania.

Farouk, Biosilk - Silk Therapy, Profesjonalna jedwabna regeneracja

 O jedwabiu do włosów (a raczej Profesjonalnej jedwabnej regeneracji) firmy Biosilk pewnie każdy słyszał. Ja kupiłam go po raz pierwszy dopiero niedawno, jakieś 3 miesiące temu. W promocji 15 ml kosztuje niecałe 4zł.
 Produkt znajduje się w małej plastikowej, zakręcanej buteleczce zapakowanej dodatkowo w kartonik, na którym znajdują się m.in. informacje jak go używać. Dzięki przeźroczystemu opakowaniu widzimy dokładnie ile nam zostało jedwabiu w środku.
 Przed użyciem należy wstrząsnąć produktem, wylać kroplę na dłoń i rozprowadzić na mokrych lub wilgotnych włosach. Nie spłukujemy go. Producent obiecuje regenerację, nawilżenie (chroni przed utratą nawilżenia), połyk, ochronę przed promieniowaniem UV, miękkość, sprężystość, utrwalenie koloru, ułatwia rozczesywanie i układanie włosów. Czyli sporo tych obietnic.
 Jedwab jest dość gęstym płynem o przyjemnym zapachu. Stosuję go co 4 dni na mokre włosy (myję włosy co 2 dni, stosuję zamiennie z jedwabiem z Green Pharmacy o którym też kiedyś napiszę). Już po pierwszym użyciu zauważyłam, że włosy są miękkie, gładkie i łatwiej się rozczesują. Zapach jest na nich wyczuwalny jeszcze jakiś czas po nałożeniu. Połysku sama nie zauważyłam ale moja mama na drugi dzień pytała mi się co zrobiłam, że mam takie ładne, błyszczące włosy. Wyglądały zdrowiej niż zawsze (są zniszczone farbowaniem). Przy moim stosowaniu nie wysusza, nie skleja i nie obciąża włosów. Wydaje mi się, że jeśli bym nałożyła go za dużo to dałby takie negatywne rezultaty.
 Podsumowując: ja polubiłam się z tym produktem, może nie jest on rewelacyjny i nie daje długotrwałych efektów ale na moich włosach widać różnicę gdy go stosuję. Dlatego jak kiedyś skończę pierwszą buteleczkę sięgnę po następną.

Wyniki rozdania z Firmoo

 O północy zakończyło się rozdanie, w którym do wygrania była darmowa para okularów Firmoo oraz 5 voucherów z 50% zniżką i darmową wysyłką. Udział wzięło 10 osób, łącznie wyszło 29 losów.

Nadszedł więc czas na wyniki :)


 A pod wylosowanymi numerami kryją się:

Zwycięzcą darmowej pary okularów jest:  FINEZJA KOLOREM

Vouchery z 50% zniżką oraz darmową przesyłką wygrywają: Banshee Madness, Iwi piwi, liwaj 1, Joanna Szczepańska oraz Aneta Grzesiuk.

 Zwycięzcom gratuluję! Wasze e-maile oraz linki do wybranych okularów przekaże teraz pani Laurze, która po wygenerowaniu dla Was odpowiednich kodów zniżkowych skontaktuje się z Wami.
 Gdybyście mieli jakieś problemy przy składaniu Waszych zamówień lub jakieś pytania możecie śmiało pisać. Ja już zamawiałam swoje więc wiem co i jak i chętnie pomogę :)

Podkład Maybelline Affinitone - Idealne dopasowanie bez efektu maski

 Nie należę do osób, które muszą nakładać podkład przed każdym wyjściem z domu. Jak się śpieszę wolę raczej zastosować korektor + puder (i tusz oczywiście). Ale gdy miałam więcej czasu na szykowanie i ochotę to przez ostatni rok sięgałam po podkład Maybelline Affinitone w kolorze 09 Opal Rose. Za standardową pojemność 30ml zapłacimy ok. 25zł, często na promocji dostaniemy go za 19,90zł.
09 Opal Rose
 Produkt znajduje się w plastikowej tubce, ze srebrną zakrętką. Jego zapach niektórym przeszkadza ale po nałożeniu na twarz nie jest wyczuwalny więc mi to nie przeszkadza. Do wyboru mamy kilka kolorów, każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Kiedy go kupowałam nie interesowałam się za bardzo kosmetykami, opiniami o nich albo prawidłowym doborem koloru podkładu. Poza tym nie widziałam dużej różnicy pomiędzy nr 03 a 09 więc wzięłam pierwszy lepszy. Dzisiaj pewnie bym się dłużej zastanowiła nad wyborem odcienia chociaż Opal Rose spisywał się nie najgorzej.
 Konsystencja podkładu jest bardzo lejąca, trzeba uważać żeby nie wyciekło nam za dużo produktu z tubki albo nie spłynął z ręki. Po jakimś czasie używania da się do tego przyzwyczaić i opanować jego używanie bez marnowania go i ubrudzenia siebie i wszystkiego dookoła :)
 Na odwrocie opakowania możemy przeczytać, że produkt ma się idealnie dopasowywać do odcienia naszej skóry bez tworzenia efektu maski. Zawiera również witaminę E, zapewnia 8-godzinne nawilżenie skóry, uczycie świeżości i perfekcyjne wykończenie makijażu, nadaje się do wszystkich typów cery.
09 Opal Rose
 Podkład łatwo się rozprowadza na twarzy, bez smug i plam. Nakładałam go do tej pory palcami, spróbowałam również pędzlem i również nie było z tym problemów. Rzeczywiście ładnie dopasowuje się do odcienia skóry nie dając efektu maski. Wygląda dość naturalnie (oczywiście jak na podkład), delikatnie wyrównuje koloryt skóry. Krycie jest średnie, na niespodzianki lub mocno widoczne pęknięte naczynka dokładałam kolejną warstwę podkładu lub korektor. Nie daje matowego wykończenia, nakładam go na krem i na mojej mieszanej cerze konieczne jest przypudrowanie. Niestety podkreśla suche skórki. Trwałość nie jest powalająca, ale gdy nie dotykamy twarzy wytrzymuje spokojnie kilka godzin. Przy tłustej cerze, jeśli komuś przeszkadza delikatne świecenie trzeba dokonać poprawek makijażu. Nie wysuszył mojej skóry, nie podrażnił ani nie zapchał.
 U mnie okazał się bardzo wydajnym produktem, w opakowaniu jeszcze mam podkład i gdyby nie to, że czas przydatności minął nadal bym po niego sięgała. Na razie nie wyrzucę go bo nie wiem jak się nowy (inny) sprawdzi więc na awaryjne sytuacje zostawię tą resztkę. Nie zauważyłam zmiany koloru lub zapachu po upływie 12 miesięcy od otwarcia, jeśli coś takiego zauważycie to radzę wyrzucić produkt wg zaleceń producenta. 
 Osobiście jeszcze pewnie wrócę do tego podkładu, jest tani, łatwo dostępny i nie spisywał się najgorzej. Używałyście go? Jak się u Was sprawdził?

PS. Przypominam, że do północy trwa rozdanie okularów Firmoo. Ostatnia szansa na zgłoszenie się. Powodzenia!

Yankee Candle - Christmas Memories (sampler)

 Niektórzy pewnie wiedzą, że jednym z  prezentów świątecznych jakie dostałam były samplery i woski Yankee Candle. Niestety kominka nie dostałam i nadal jestem na etapie szukania więc na pierwszy ogień poszedł sampler Christmas Memories. Samplery kosztują 9zł i powinny się palić przez 15 godzin. Można je kupić m.in. na stronie goodies.pl.
 Zapach z serii Housewarmer łączy w sobie zapach pierniczków pachnących cynamonem i przyprawami, a także prażonych orzechów laskowych. (opis ze strony goodies.pl)

 Nie jestem najlepsza w określaniu zapachów ale najbardziej wyczuwalne przeze mnie są orzechy. Czuję też cynamon i wanilię. Jest to zapach dość ciężki, mojej mamie nie przypadł za bardzo do gustu.
 Muszę przyznać, że zapach tego samplera jest bardzo intensywny. Wystarczy 20 minut palenia, żeby cały pokój wypełnił jego aromat (a nawet przechodzi do pokoju obok). Po zgaszeniu jest wyczuwalny jeszcze przez długi czas. Największą niespodzianką był czas palenia, który przekroczył 15 godzin. Z moich zapisków wynika, że sampler wystarczył mi na 19 godzin palenia (jednorazowo paliłam go 2-3 godz.). Troszkę nierówno się wypalał, na ściankach zostało trochę wosku ale nie uważam tego za duży minus. To co zostało zeskrobię i wypalę w kominku jak już go kupię. Starczy go więc pewnie na kolejne 2 godziny :)
 Jeśli reszta samplerów i wosków będzie takiej samej jakości to szybko zbankrutuję kupując kolejne produkty Yankee Candle :)

"Lovelace" (2013) oraz "Idealne Matki" (2013)

 Jeśli chodzi o oglądanie filmów lub słuchanie muzyki nie trzymam się określonego gatunku. Dlatego tym razem nie będzie o komediach romantycznych. Będzie o dramatach, które ukazały się w tym roku.
 Pierwszym filmem jest "Lovelace" czyli film biograficzny opowiadający historię Lindy Lovelace, o której zrobiło się głośno po udziale w filmie "Głębokie Gardło". W rolę główną wcieliła się Amanda Seyfried. Wiedziałam, że film pornograficzny o takim tytule istnieje ale nie oglądałam go ani nie wiedziałam o czym jest. A tym bardziej nie wiedziałam jak doszło do jego powstania i co się działo z główną aktorką. Już wiem. I byłam w szoku oglądając go. Jeśli szukacie miłego i przyjemnego filmu to ten raczej omijajcie.

Adore
 "Idealne matki" ("Adore") opowiada historię dwóch przyjaciółek, które znają się od dziecka. Obie mają dorastających synów, z którymi wdają się w romans (oczywiście nie ze swoimi). Jeśli szukamy czegoś innego niż dotychczas to ta historia taka jest. A australijskie widoki zachęcają do przeniesienia się na tamte plaże. Oczywiście każdy ma inny gust i jednym się spodoba, drugim nie. Ja osobiście nie czuję, że zmarnowałam czas oglądając go.
 Jeśli zdecydujecie się obejrzeć któryś z nich ostrzegam jeszcze raz, że nie pośmiejecie się na nich.

Nivea - Make-Up Starter nawilżający krem

 Ostatnio pisałam Wam o kremie na noc firmy Nivea, z którego byłam nawet zadowolona (pomijając podejrzenie o zapychanie). Niestety nawilżający krem Make-Up Starter tej samej formy okazał się całkowitym niewypałem. W momencie kupna tego produktu moja skóra była strasznie wysuszona dlatego wybrałam wersję różową czyli do skóry suchej i wrażliwej. Cena za 50ml to chyba ok. 20zł, dokładnie nie pamiętam.
 Produkt mlecznego koloru ma lekką kremowo-żelową konsystencję. Łatwo się rozprowadza na twarzy i przyjemnie pachnie.
 Producent zapewnia, że krem nawilża, odżywia oraz błyskawicznie się wchłania przygotowując skórę do makijażu. U mnie nie bardzo się te obietnice sprawdziły. Nie poradził sobie z moją suchą skórą, nie czułam żadnej ulgi po nałożeniu go na twarz. Fakt, że szybko się wchłaniał ale nałożenie po nim makijażu mija się z celem. Skóra jest gładka w dotyku ale krem roluje się na twarzy niemiłosiernie. Nakładając podkład czy nawet tylko pudrując twarz tworzą się wałeczki kremu pomieszanego z nałożonym w następnej kolejności produktem. Nie wygląda to korzystnie. Próbowałam zużyć ten krem w dni spędzone całkowicie w domu bez makijażu ale denerwowało mnie to rolowanie. Stosowany jako krem do rąk daje ten sam efekt.
 Może u mnie się nie sprawdził dlatego, że ogólnie moja skóra jest raczej mieszana i tłusta niż sucha. Może wersja niebieska przeznaczona do mojego typu skóry bardziej by się sprawdziła. Jestem jednak tak zniechęcona do tego produktu, że nie sądzę żebym go zużyła do końca a tym bardziej kupiła drugi raz. Inne kremy sprawdzają się u mnie dużo lepiej pod makijaż. 
 Miałyście ten produkt? Co o nim sądzicie?

PS. Przypominam o rozdaniu okularów Firmoo. Zgłoszenia można zostawiać pod poprzednim postem.

Rozdanie z Firmoo

 Dziękuję wszystkim za tak miłe komentarze pod poprzednim postem w którym ukazałam swoje oblicze. Pies również dziękuje :)
 Przechodząc do właściwego tematu: zaczynamy pierwsze rozdanie na moim blogu, dzięki uprzejmości pani Laury i Firmoo.
Do wygrania jedna para darmowych okularów z serii Classic Eyewear wraz z darmową wysyłką oraz 5 voucherów z 50% zniżką na okulary z serii Classic + darmowa wysyłka.


Co trzeba zrobić aby wziąć udział w rozdaniu?
1. Być publicznym obserwatorem mojego bloga.
2. Wybrać okulary z serii Classical Eyewear, którą chcielibyście wygrać.
3. Będzie mi również miło jeśli polubicie mój fanpage na fb Blondwłosa Chemiczka oraz fanpage Firmoo (+1 los).
4. Udostępnić informację o rozdaniu na blogu lub/oraz fb (+ 1 los lub + 2 losy).
5. Zostawić komentarz pod tą notką wg wzoru:
    Obserwuję jako:
    Wybrane okulary: link
    Lubię na fb jako: ( imię i pierwsza litera nazwiska lub nazwa fanpage)
    Udostępniam na blogu/fb: link
    E-mail:

Regulamin:
1. Sponsorem rozdania jest Firmoo.
2. Za wysyłkę również odpowiada Firmoo. Listę krajów do których możliwa jest wysyłka znajdziecie tutaj.
3. Rozdanie potrwa od 07.01.2014 do 14.01.2014 (jeśli nie będzie co najmniej 6 uczestników termin może zostać wydłużony).
4.  Zwycięzców wyłonię drogą losową.

 W razie jakichkolwiek pytań piszcie w komentarzach lub na maila. Powodzenia!

Okulary Firmoo

 Na wielu blogach można już było zobaczyć notki o okularach firmy Firmoo ale kiedy i mnie pani Laura zaproponowała współpracę bardzo się ucieszyłam i oczywiście z chęcią zgodziłam. Jedynym minusem jest to, że muszę ukazać Wam swoją twarz ale prędzej czy później by się to stało :) 
 Firmoo jest amerykańską firmą mającą w swojej bogatej ofercie zarówno okulary korekcyjne jak i przeciwsłoneczne. Na ich stronie internetowej możecie skorzystać z wirtualnej przymierzalni (Virtual Try-On System) dzięki której możecie sprawdzić jakie oprawki najbardziej będą Wam pasować. Dodatkowo przy każdym modelu są podane dokładne wymiary okularów co ułatwia wybranie odpowiednich dla nas. Ja zmierzyłam wymiary dotychczasowych okularów i wybierałam spośród takich modeli, które miały je zbliżone.
 Ja bez okularów obejść się nie mogę a zmieniam je wtedy kiedy mi się pogarsza wzrok  lub się zepsują a nie jak mi się oprawki znudzą. Ostatnio chciałam wybrać innego rodzaju oprawki niż zawsze ale się powstrzymałam nie wiedząc czy będę się w nich dobrze czuła. Teraz mając okazję zaryzykowałam. Mimo wszystko obawiałam się, że nie będą pasować albo nie będę dobrze w nich widziała z jakiegoś powodu ale na szczęście nic takiego się nie stało. A nawet myślę, że pasują mi te oprawki. 
 W zestawie oprócz okularów dostajemy twarde i miękkie etui oraz dwie zapasowe śrubki z małym śrubokręcikiem. Tutaj znajdziecie model okularów wybranych przeze mnie: http://www.firmoo.com/eyeglasses-p-2373.html#3693

  Biorąc pod uwagę fakt, że zamówienie złożyłam 23 grudnia to mimo Świąt i weekendu paczka przyszła do mnie w szybkim tempie bo po tygodniu. Przesyłki na terenie Polski dłużej idą w tym okresie :) Na początku etui "pachniało" nowością ale szybko wywietrzało. Okulary nosiłam już kilka dni i jestem bardzo zadowolona z mojego wyboru. Są solidnie wykonane i lekkie. Nie zostawiają odciśniętych śladów na nosie, w przeciwieństwie do moich poprzednim okularów.
 Dla nowych klientów Firmmo oferuje program First Pair Free czyli pierwszą parę zamawiacie za darmo, płacicie tylko za wysyłkę. 
 Dla zainteresowanych współpracą z  firmą polecam zajrzeć na tą stronę.
 Fakt, że dostałam te okulary w ramach współpracy z Firmoo nie wpłynął na moją opinię.
 A tutaj jeszcze malutki żart mojego brata. Stwierdził, że okulary powinien prezentować ktoś ładniejszy ode mnie :)

Golden Rose - Kredki do oczu

 Marka Golden Rose posiada w swojej ofercie kilka rodzajów kredek do oczu i ust, zarówno klasycznych jak i wykręcanych. Ja akurat posiadam dwie zwykłe do oczu, każda z innej serii. Pierwszą jest kredka Emily Waterproof Eyeliner nr 118 czyli w kolorze wpadającym w turkus. Druga natomiast, na której pisze Eyeliner nr 312 jest w kolorze białym. Kredka biała kosztowała 7,50zł, natomiast seria Emily jest tańsza i kosztuje 4,20zł.
Emily 118 Eyeliner 312
 Białą kredkę używam głównie na linię wodną choć wiem, że niektórzy wolą wybierać te w kolorze cielistym do tego celu. Mi efekt jaki daje biała kredka się podoba, pod moimi okularami "minusami" nie rzuca się to bardzo w oczy. Drugą z kredek najczęściej podkreślam dolną powiekę, lubię dodawać w ten sposób odrobinę koloru do makijażu jeśli reszta jest w stonowanych kolorach.
Emily 118 Eyeliner 312
 Z obu kredek jestem bardzo zadowolona. Nie zgodziłabym się jednak do końca ze stwierdzeniem, że Emily jest wodoodporna bo silnego potoku łez nie wytrzymała. Przetrwa jednak delikatne łzawienie oczu, kiedy nie wycieramy oka tylko pozwolimy mu naturalnie wyschnąć. W warunkach "bezłzowych" radzą sobie bardzo dobrze, spokojnie kilka godzin przetrwają. Zazwyczaj chwilę po pomalowaniu moja linia wodna znowu była bez koloru, a tutaj niespodzianka. Mimo, że z czasem staje się "mniej biała" to jednak nadal jest na swoim miejscu. Kredki są miękkie, wystarczy delikatnie przejechać i mamy widoczny kolor. Choć na linii wodnej jest to troszkę utrudnione bo jest bardziej wilgotna więc powtarzam to 2-3 razy dla lepszego efektu. Temperowanie takich kredek nie należy do moich ulubionych zajęć. Łamać mi się nie złamały podczas tej operacji ale bałam się mocniej je natemperować żeby tego nie zrobiły. Następnym razem spróbuję włożyć je najpierw do lodówki na chwilę, podobno ułatwia to zadanie. Nie uczulają, nie podrażniają.
 Za taką cenę polecam przetestować. Myślę, że ja skuszę się jeszcze na inne kolory, a wybór jest całkiem spory :) 
 Używacie kredek do oczu? Miałyście jakieś z Golden Rose? A może wolicie inne?

PS. Zapraszam Was również do polubienia raczkującego fanpage mojego bloga na fb :)

Róż sypki

 Jakieś czas temu na allegro zamawiałam cienie sypkie i przeglądając przedmioty użytkownika zobaczyłam, że ma również róże sypkie. Cena była bardzo korzystna bo 6 lub 7 zł więc się skusiłam.
 Produkt przyszedł do mnie w niewielkim, plastikowym słoiczku z sitkiem, wypełniony po sam brzeg sitka (nie było ani odrobinki pustego miejsca). Wybrałam odcień brzoskwiniowy iskrzący czyli taki z srebrnymi drobinkami. Na zdjęciach niestety ciężko było mi uchwycić kolor, tylko po drobinkach można się domyślić gdzie jest nałożony róż.
 Jak widać nie jest on mocno napigmentowany, nie zrobimy nim sobie krzywdy. Możemy jednak dokładając kolejne warstwy uzyskać mocniejszy, wyraźny kolor. Ja wysypuję trochę różu na pokrywkę i z niej nakładam pędzlem róż, wcześniej oczywiście strzepuję nadmiar. W razie potrzeby powtarzam aplikację.
 Bardzo polubiłam ten produkt. Utrzymuje się długo na twarzy (oczywiście pod warunkiem, że nie dotykam jej co chwilę), nie schodzi nierównomiernie. Drobinki są tak delikatne, że nakładając róż pędzlem nie wyglądamy jak bombka choinkowa obsypana brokatem, większość z nich zostaje na wieczku lub pędzlu a nie na twarzy. Jeśli chcę aby drobinki zostały na twarzy to dokładam odrobinę różu palcem. Nie uczula, nie podrażnia, nie zapycha. Jest baaardzo wydajny. Używałam go w każdym makijażu bo do niedawna był moim jedynym różem a jego zużycie jest znikome. Raz tylko mały diabeł (czytaj: syn kuzyna) mi go wysypał i wtedy zauważyłam dopiero jakiś ubytek. Ja jestem bardzo zadowolona z niego i gdyby nie to, że starczy mi jeszcze pewnie na lata to kupiłabym następne opakowanie.
Kilka warstw różu nałożone palcem (widać lepiej kolor i drobinki).
 Obecnie widziałam, że jest wyprzedaż u tego sprzedającego i można go kupić za 2,99zł. Jakby, ktoś był zainteresowany to mogę podać link do aukcji.

Eveline, Fresh & Soft - Oczyszczający płyn micelarny 3 w 1

 Nowy Rok chciałabym zacząć od przedstawienia Wam oczyszczającego płynu micelarnego 3 w 1 marki Eveline z serii Fresh & Soft. Za 200ml zapłacimy ostatnio w Rossmannie 9,99zł bez promocji. Do wyboru jest wersja różowa dla skóry wrażliwej oraz wersja zielona dla skóry tłustej i mieszanej, którą osobiście posiadam.
 Produkt zamknięty jest w plastikowej buteleczce z której bez problemu wylejemy potrzebną ilość płynu. Ma delikatny, przyjemny zapach.
 Producent obiecuje m.in. dokładne oczyszczenie z makijażu i zanieczyszczeń, łagodzenie podrażnień oraz tonizowanie i nawilżenie. Muszę przyznać, że z większością się zgadzam. Idealnie nadaje się do demakijażu twarzy. Nie próbowałam nim zmywać wodoodpornej maskary ale z całą resztą radzi sobie świetnie. Po zmyciu makijażu innym produktem gdy przejechałam twarz wacikiem nasączonym tym płynem okazało się, że znalazł jeszcze jakieś resztki i sobie z nimi poradził. Stosuję go też jako tonik rano, dobrze odświeża i nie zostawia klejącej warstwy. Nie wiem do końca czy nawilża bo zawsze po nim stosuję jakiś krem (na dzień lub na noc) ale na pewno nie wysusza. Nie czuję żadnego ściągnięcia skóry, podrażnień, szczypania co przy innych produktach do cery tłustej często się zdarzało. Zapewne brak alkoholu sprawia, że jest bardziej przyjazny skórze. Na drugim miejscu ma za to kwas hialuronowy więc może faktycznie ma właściwości nawilżające :)
 Zarówno ja jak i moja mama polubiłyśmy się z nim. Właśnie kończymy drugie opakowanie, trzecie już czeka w kolejce i pewnie będą kolejne. Za tą cenę warto spróbować.
 Na koniec chciałabym wszystkim życzyć Szczęśliwego Nowego Roku! :*