Projekt Denko - Luty + Marzec :)

 Zazwyczaj Projekt Denko pojawia się na końcu lub początku miesiąca a nie po jego połowie. Jednak w ostatnich dwóch miesiącach trochę mi się tego nazbierało i zajęło mi dużo czasu opisanie wszystkich produktów, nawet w dużym skrócie. Ale wreszcie się udało więc zapraszam na podsumowanie zużytych produktów w lutym oraz w marcu.


 Sama się trochę przeraziłam jak wyciągnęłam wszystko z pełnej reklamówki do robienia zdjęć. Uważam więc te miesiące za udane jeśli chodzi o zużywanie chociaż jakbym podzieliła tą ilość na dwa to nie byłoby już tak okazale.


 1. Perfect Me - Szampon Repair &  Stay Strong
 Szampon jakich wiele. Oczyszczał włosy, plątał je ale im nie szkodził. Nie zauważyłam jednak wzmocnienia i zmniejszenia wypadania. Dobrze się pienił i był całkiem wydajny. Opakowanie sprawiało trochę problemów z wydobywaniem produktu, szczególnie przy końcu. MOŻE KUPIĘ

 2. Green Pharmacy - Olejek kąpielowy Goździkowiec i Cytryna
 Olejek wlany do kąpieli fajnie się pienił i sprawiał, że skóra była nawilżona ale też i lekko tłusta. Nie było to jednak dla mnie nieprzyjemne uczucie, nie czułam oblepienia. Zapach przypadnie do gustu osobom, którym goździki nie przeszkadzają bo zdecydowanie dominują tutaj, cytryna jest gdzieś w tle. MOŻE KUPIĘ

 3. Yves Rocher - Żel pod prysznic Jabłko w Karmelu
 Stara edycja limitowana o słodkim zapachu jabłka w karmelu, podobał mi się ten aromat. Dobrze się pienił, był wydajny oraz nie przesuszał skóry. Był wydajny ale pod warunkiem, że dokupiło się do niego pompeczkę dodatkowo. Ze względu na dostępność NIE KUPIĘ

 4. Lirene - Krystaliczny żel pod prysznic Orientalna Magnolia <recenzja>
 Pisałam o nim ostatnio. Ładnie pachniał, dobrze się pienił oraz nie wysuszał skóry. Miał wygodne w użytkowaniu opakowanie. MOŻE KUPIĘ

 5. Joanna, Naturia - Olejek do kąpieli i pod prysznic Wanilia i Śmietanka
 Stosowałam go jako płyn do kąpieli. Dawał sporą pianę i delikatny, słodki zapach. Nie należał za to do zbyt wydajnych. MOŻE KUPIĘ


 6. Yves Rocher - Peelingujący płyn do kąpieli Pomarańcza i Cynamon
 To jeszcze edycja limitowana z poprzedniego roku. Miałam dylemat czy wlewać go do kąpieli czy stosować bezpośrednio na ciało więc robiłam i tak i tak. Nie był przez to zbyt wydajny.  W kąpieli dawał fajną pianę ale drobinki peelingujące się marnowały na dnie wanny. Jako peeling do ciała był dość delikatny ale coś tam robił. NIE KUPIĘ

 7. Kallos - Maska do włosów wzmacniająca włosy Banana
 Zapach tej maski jest bardzo podobny do innych kosmetyków bananowy, trochę chemiczny i kojarzy się bardziej z jogurtem/mlekiem bananowym niż ze świeżym owocem. Kupiłam mniejszą pojemność ponieważ te litrowe ciężko mi zużyć i w końcu mi się nudzą. Dobrze wygładzała włosy i pomagała je rozczesać bez problemów. Jeśli nie przesadziłam z ilością to nie obciążała ich. Wystarczyło ją chwilę potrzymać na włosach aby zaobserwować efekty i była wydajna. MOŻE KUPIĘ

 8. Pat & Rub - Masło do ciała Otulające
 Zużywam zapasy starej wersji kosmetyków tej marki, obecnie wyglądają inaczej ale nie wiem jak ze składem i działaniem. To masło miało przyjemny zapach, połączenie cytryny ze słodyczą karmelu i wanilii. Jak na masło miało lekką i szybko wchłaniającą się konsystencję. Dobrze nawilżało i zostawiało przyjemną w dotyku skórę. MOŻE KUPIĘ

 9. Avon - Balsam do ciała Vanilla & Sandalwood
 Nie spodziewałam się po tym produkcie wiele ale przyjemnie mnie zaskoczył. Całkiem nieźle nawilżał i szybko się wchłaniał. Zapach tej wersji był słodki ale przełamany drzewem sandałowym, podobał mi się. Na promocji można dostać te balsamy w na prawdę niskiej cenie ok. 5-6 zł. MOŻE KUPIĘ


 10. Natura Estonica - Tonik do twarzy Żeńszeń & Acai
 Tonik o specyficznym i dość mocnym zapachu, mi akurat to nie przeszkadzało choć musiałam się przyzwyczaić na początku. Dobrze usuwał resztki, które zostały po demakijażu jak również nadmiar sebum i zanieczyszczenia. MOŻE KUPIĘ

 11. Yves Rocher - Oczyszczający płyn micelarny Sebo Vegetal
 Spełniał swoją rolę usuwania makijażu jednak dla 100% czystej skóry konieczne było użycie toniku lub umycie twarzy. Miał dość wyraźny zapach, choć delikatniejszy od poprzednika. MOŻE KUPIĘ

 12. Vianek - Odżywcza maseczka-peeling do twarzy <recenzja>
 Bardzo fajny produkt. Delikatnie peelingu skórę  jednocześnie ją nawilżając. Twarz jest po nim wygładzona,  miękka i przyjemna w dotyku. Jak zmniejszę swoje zapasy to chętnie KUPIĘ.


13. Amaderm - Krem nawilżająco regenerujący
Krem z wysoką zawartością mocznika przeznaczony do stosowania na przesuszone obszary skóry. Najczęściej lądował na moich stopach. Zostawiał je nawilżone i zmiękczone,  szczególnie przy regularnym używaniu. Miał gęstą konsystencję i potrzebował chwili na wchłonięcia ale zazwyczaj zakładała skarpetki więc nie przeszkadzało mi to. Jak gdzieś go znajdę to chętnie KUPIĘ

 14. Delia - Krem do stóp
 Niestety nie polubiłam się z nim. Największą zaleta to świeży zapach i dość szybkie wchłanianie. Jednak jeśli chodzi o nawilżenie to nie bardzo wyczuwalne. Gdybym nie wiedziała, że posmarowałam stopy to po chwili już tego bym nie wyczula dlatego mieszałam go z powyższym kremem Amaderm. NIE KUPIĘ

 15. Venus - Hipoalergiczna emulsja do higieny intymnej
 Miniaturka, która zawieruszyła mi się gdzieś w łazience. Spełniała swoją funkcję, odświeżała nie powodując przy tym podrażnień. Na wyjazdy idealna. MOŻE KUPIĘ


 16. Yves Rocher - Balsam ochronny na zimę z masłem karite
 Gęsta konsystencja i całkiem przyzwoite właściwości nawilżające spowodowały,  że używałam go na noc. Miał dość specyficzny zapach ale nie był brzydki i nie przeszkadzał mi. Mimo małej pojemności był dość wydajny. MOŻE KUPIĘ

 17. Yves Rocher - Rewitalizujący roll-on pod oczy Elixir 7.9 <recenzja>
 Świetnie się sprawdzał rano, zimne kuleczki masujące zmniejszały opuchliznę i "budziły" spojrzenie dzięki maluteńkim drobinkom zawartym w tym żelu. Nawilżenie nie powalało dlatego na noc stosowałam coś bardziej treściwego. Był wydajny ale w cenie regularnej jest drogi więc warto polować na promocje. MOŻE KUPIĘ

 18. Bath & Body Works - Żel antybakteryjny
 Niby maleństwo ale wydajne. Fakt, że sięgałam po niego tylko w ostateczności kiedy nie mogłam umyć normalnie rąk ale wystarczył mi na kilka miesięcy. Zresztą widać po naklejce. Nawet nie pamiętam co to za zapach ale na pewno był ładny, kwiatowy (pomijając alkoholową nutę) i długo utrzymywał się na dłoniach. Mam kilka w zapasach zarówno w tych starych opakowaniach jak i nowych więc KUPIŁAM


 19. Manhattan - Puder matujący Clearface 70 Vanilla
 Kupiłam go w sklepie internetowym dobierając kolor w ciemno ale udało mi się z nim trafić.  Był odpowiednio jasny,  dawał średnie krycie. Właściwości matujące miał niezłe ale po kilku godzinach konieczne były poprawki. MOŻE KUPIĘ

 20. Catrice - Eyebrow Filler
 Maskary do brwi to najprostsza i najszybsza metoda ich przyciemnienia i podkreślenia. Ta miała ładny odcień brązu, nie wpadał w ciepłe tony. Utrzymywała się cały dzień, bardzo wydajny produkt. Na razie testuję inne produkty ale pewnie KUPIĘ.

 21. Mac - Korektor Pro Longwear NW15
 Bardzo wydajny produkt,  wystarczy niewielka ilość aby zakryć sińce pod oczami. Spory wybór odcieni, każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Minusem jest pompeczka, która dozuje zbyt dużo produktu nawet przy delikatnym naciśnięciu. Dlatego warto go wyciskać do małego,  plastikowego, zakręcanego słoiczka aby się nie marnowało zbyt dużo. KUPIŁAM

  22. Bourjois - Tusz do rzęs wodoodporny Twist Up The Volume
 Masakra z szczoteczką 2w1, po przekręceniu zmienia ona swój kształt. Podobał mi się efekt jaki dawały obie wersje na rzęsach, czasami używałam najpierw jednej a drugą warstwę nakładałam drugą. Pierwsza lepiej pogrubiała a druga rozczesywała. Niestety mam zastrzeżenia co do wodoodporności a raczej jej braku. Niestety pod wpływem łez lub wody zaczyna się rozmazywać i kruszyć. Zmywa się lepiej niż większość wodoodpornych tuszy ale wolałabym żeby zamiast tego była trwała. MOŻE KUPIĘ


 23. Isana - Mydło w płynie Forbidden Apple
 Kolejna edycja limitowana mydła Isana, którą bardzo polubiłam szczególnie za zapach. Pachnie słodkim jabłkiem z dodatkiem karmelu. Nie wysusza dłoni i jest tanie. W sumie zużyłam oryginalne opakowanie ale symbolicznie pokazuję zapas. KUPIŁAM

 24. Isana - Płatki kosmetyczne
 Nie mam im nic do zarzucenia, tanie i łatwo dostępne. MOŻE KUPIĘ

 25. Kneipp - Sól do kąpieli Lawendowa
 Zaczynam chyba się przyzwyczajać do zapachu lawendowego no nawet mi się podobał zapach tej soli :) Barwiła wodę na fioletowo i umilała kąpiel. MOŻE KUPIĘ

  26. BioLove - Półkule do kąpieli Niezapominajka
 Pisałam już kiedyś o kuli o zapachu piżma. Te miały świeży, kwiatowy zapach i barwiły wodę na ładny, niebieski kolor. Na pewno umilały kąpiel i dodatkowo nawilżały skórę dzięki swoim składnikom. W woreczku były 3 sztuki. KUPIĘ



 27. LUS - Maska w płacie Aloes
 Jak i poprzednie maski tej marki była przyjemna w używaniu. Dobrze nasączona, nie trzeba zmywać resztek bo wystarczy je wmasować w skórę i zostawić do wchłonięcia. Działają dla mnie tak samo bez względu na nazwę, czyli głównie nawilżają. MOŻE KUPIĘ

 28. Bania Agafii - Maseczka do twarzy Daurska Kojąca <recenzja>
 29. Bania Agafii - Maseczka do twarzy Niebieska Oczyszczająca
 Jak na osobę, która nie przepada za nakładaniem maseczek te nawet lubiłam ponieważ widziałam po nich efekt. Po obu cera była oczyszczona dzięki zawartości glinek a jednocześnie nawilżona przez masło shea i wiele innych dobroczynnych składników. Skóra była miękka,gładka i przyjemna w dotyku. Do tego mają wygodne w użytkowaniu opakowanie dzięki czemu mogłam po nie sięgać nawet rzadko bo nie wysychały i nie marnowały się. MOŻE KUPIĘ


 30. Facelle - Chusteczki do higieny intymnej
 31. Go Pure - Chusteczki Odświeżające
 Oba rodzaje spełniały swoją funkcję i nie powodowały negatywnych efektów. Do tego Go Pure ładnie pachniały rabarbarem. MOŻE KUPIĘ

 32. Ziaja - Pasta stomatologiczna remineralizująca
 Pierwszy raz miałam pastę tej marki. Nie powodowała problemów z dziąsłami więc była dla nich dość delikatna. Nie pieniła się najlepiej ale mimo to skutecznie je czyściła i odświeżała oddech. MOŻE KUPIĘ


 33. Yankee Candle - Wosk Champaca Blossom <recenzja>
 34. Yankee Candle - Wosk Candy Cane Lane <recenzja>
 Oba zapachy polubiłam, są dobrze wyczuwalne ale nie przytłaczają. Candy Cane Lane to słodki, jedzeniowy zapach z dodatkiem mięty. Champaca Blossom to kwiatowe, słodkie perfumy jak dla mnie. Więcej o nich znajdziecie w recenzjach. KUPIĘ

 Podsumowanie: Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca. Wiem, że było co czytać choć starałam się pisać w miarę krótko gdzie się dało. 
 PS. Jeśli gdzieś są błędy lub literówki to przepraszam ale jestem drugi dzień od 4 rano na nogach, spędziłam 12 godzin w pracy i mogłam coś przegapić.

Lirene - Krystaliczny Żel Pod Prysznic oraz Nawilżający Balsam Pod Prysznic

 Są takie produkty, które używa prawie każdy. Są też takie, które mają zdecydowanie mniejsze grono fanów. Dzisiaj będzie o dwóch produktach marki Lirene właśnie z tych kategorii: krystalicznym żelu pod prysznic Orientalna Magnolia oraz nawilżającym balsamie pod prysznic Morska Alga. W cenie regularnej żel kosztuje ok. 10 zł natomiast balsam pod prysznic ok. 14 zł.


 Oba produkty mają opakowanie tego samego typu: plastikowe tubki zamykane na "klik" o pojemności 200 ml. Różnią się tylko kolorystyką i napisami. Otwór jest odpowiednich rozmiarów, łatwo wydobyć odpowiednią ilość produktu. Tubka jest w miarę miękka więc idzie wycisnąć z niej prawie cały produkt, nie marnuje się zbyt dużo.

 Krystaliczny Żel Pod Prysznic Orientalna Magnolia


 Od producenta:


 Od żeli pod prysznic nie wymagam zbyt wiele i nie ma też co się o nich rozpisywać. Ważne, żeby uprzyjemniał mi kąpiel/prysznic swoim aromatem oraz skutecznie mył dając uczucie odświeżenia i czystości, nie szkodząc przy tym skórze.
 Konsystencja tego produktu jest typowo żelowa, lejąca o delikatnie różowym zabarwieniu. Zapach uprzyjemnia mycie, jest bardzo przyjemny, kwiatowy ale nie utrzymuje się na ciele. Dobrze się pieni, oczyszcza i odświeża. Nie wysusza skóry ani nie wywołuje żadnych podrażnień.


 Nawilżający Balsam Pod Prysznic Morska Alga


 Od producenta:


 Balsam na leciutko błękitny kolor i świeży, morski zapach. Nie należy do moich ulubionych dlatego choć nie jest zły cieszę się, że nie jest bardzo mocno intensywny bo utrzymuje się jakiś czas na skórze.


 Konsystencja jest dość gęsta, kremowa. Łatwo go rozprowadzić na ciele a następnie spłukać. Po zastosowaniu czuć różnicę: skóra jest nawilżona, miękka i przyjemna w dotyku. Jednak dla suchej skóry efekt będzie zdecydowanie za słaby. Po spłukaniu zostaje delikatnie wyczuwalny film przez obecność wysoko w składzie wazeliny i parafiny. Oprócz nich za nawilżenie odpowiada gliceryna (piszę, bo nie wiem czy coś wyczytacie ze zdjęcia składu). Jednak mi ten balsam w żaden sposób nie zaszkodził. Jest to dobre rozwiązanie w te dni, kiedy nie mam czasu na smarowanie ciała zwykłym balsamem/masłem.


 Podsumowanie: Oba produkty marki Lirene uważam za całkiem przyzwoite. Spełniają swoje funkcje i nie szkodzą skórze. Zapachy to kwestia gustu, bardziej spodobał mi się kwiatowy aromat żelu. Są wygodne w używaniu i w miarę wydajne. Nie zaliczyłabym ich do ulubieńców ale nie miałabym nic przeciwko ich ponownemu pojawieniu się w mojej łazience.

Mieliście te produkty? Może w innych wersjach zapachowych? Co sądzicie o balsamach pod prysznic?

Make Me BIO - Delikatny Puder Myjący Clean Powder

 Delikatny Puder Myjący Clean Powder marki Make Me BIO ciekawił mnie odkąd pierwszy raz przeczytałam o nim w blogosferze. Nietypowa forma jak na produkt do oczyszczania twarzy zastanawiała mnie czy to faktycznie może działać. Jak można umyć twarz bez piany? :) W końcu trafił do mnie i mogłam się sama przekonać o jego działaniu. Jego cena  to 29 zł w sklepie internetowym producenta ale znajdziecie go również w innych mających tą markę w ofercie.


 Opakowanie to zakręcany słoiczek z ciemnego szkła o pojemności 60ml. Niewielki rozmiar wzbudził moją obawę, że nawet nie zdążę go porządnie przetestować a już się skończy. Na szczęście nie jest aż tak źle ale stosowałam go tylko raz dziennie i nie każdego dnia.


 Opis producenta:


 Konsystencja jak możecie się domyślać jest bardzo nietypowa jak na produkt do mycia twarzy. W środku znajduje się drobno zmielony puder składający się z białej glinki, owsa oraz olejku różanego i lawendowego. Przed nałożeniem na twarz należy wymieszać go z wodą, olejkiem lub hydrolatem. Można to zrobić na dłoni lub w miseczce, jak kto woli. Jednak przy używaniu naszych dłoni trzeba bardziej uważać żeby nie przesadzić z ilością wody oraz żeby nie wylądowało wszystko w zlewie/wannie. Po uzyskaniu konsystencji pasty nakładamy ją na twarz i masujemy lub zostawiamy na ok. 10 minut jak maseczkę. Podczas zmywania uwaga na włosy, lubią się w nich zaplątać kawałki owsa :)


 Po zastosowaniu tego produktu cera jest oczyszczona ale w delikatny sposób. Nie poradzi sobie ze zmyciem makijażu, najpierw konieczny jest demakijaż. Skóra jest miła i gładka w dotyku, nie jest ściągnięta ani przesuszona. Nie powoduje też podrażnień ani wysypu niedoskonałości. Jego zapach jest bardzo delikatny ale przyjemny.


 Podsumowanie: Puder myjący to bardzo ciekawy produkt. Jego oryginalna konsystencja zdecydowanie zachęca do wypróbowania. Działanie jest skuteczne i delikatne, nie przesusza a jednocześnie oczyszcza twarz. Ma prosty, naturalny skład. Jednak nie jest najprostszy i najwygodniejszy w użyciu, trzeba przy nim uważać. Tym bardziej, że przez nieumiejętne jego rozrabianie z wodą/hydrolatem możemy zmniejszyć jego wydajność. A przy takiej małej pojemności robi to dużą różnicę. Dlatego nie wiem czy jeszcze się na niego skuszę choć samo działanie oceniam jak najbardziej na plus.

 Używałyście kiedyś puder myjący z Make Me Bio lub podobne produkty? Jak Wam się podoba taka forma oczyszczania twarzy?

Kulturalny Styczeń + Luty :)

 Witajcie kochani w podsumowaniu kulturalnym stycznia i lutego :) Początek roku nie był zbyt obfity jeśli chodzi o wolny czas na czytanie, pisanie na blogu lub oglądanie filmów (z tym zawsze mam problem). Jak już coś oglądałam to były to jednak filmiki na YouTube lub seriale, za filmy ciężko mi się zabrać. Ale przez dwa miesiące udało mi się skończyć cztery książki więc w sumie norma jak dla mnie. I to od nich tradycyjnie zaczniemy.

 Konrad Gonera - Śmiertelnie prosta gra

 Typowe amerykańskie miasto staje się świadkiem czarnej serii morderstw. W niewyjaśnionych okolicznościach znikają młode kobiety. Co jakiś czas odnajdywane są kolejne ciała, bestialsko zmasakrowane i zgwałcone. Porucznik Ernest Minneman i detektyw Rachel Fox rozpoczynają żmudne, pełne niebezpieczeństw śledztwo, w którym stawka, o którą toczy się gra, może okazać się niezwykle wysoka. Jak daleko posunie się oprawca, by zrealizować swoje wyuzdane pragnienia? Czy policyjny duet zdoła zatrzymać mordercę i gwałciciela w odpowiednim czasie? Czy wreszcie istnieje nić, która może łączyć zachowanie stróża prawa i seryjnego mordercy?

 Książka bardzo cienka (niecałe 200 stron) więc szybko ją przeczytałam ale to też zasługa ciekawej, wciągającej akcji. Śledzimy ją i z punktu widzenia mordercy i policji. Niektóre fragmenty są dość brutalne ale da się przez nie przebrnąć jeśli nie jesteście zbyt delikatni pod tym względem :) Zakończenie nie rozczarowuje, tak samo jak i cała historia.


 Ian Rankin - Kryptonim Wiedźma

 Gdyby nie system ostrzegawczy na pokładzie łodzi, w której tajemnicza terrorystka zostawiła śmiercionośny ładunek tuż przed dostaniem się na brytyjski brzeg, nikt pewnie by nie tropił tej kobiety. Nikt poza Dominikiem Elderem, byłym pracownikiem wywiadu, który nawet na emeryturze zgłębia akta Wiedźmy najlepszej w swoim fachu.

 Jeśli chcecie zaznajomić się z twórczością tego autora to nie zaczynajcie od tej książki. Ma o wiele lepsze w swoim dorobku, szczególnie seria z inspektorem Rebus'em. Tą przeczytałam i może nie była zła ale trochę niedosytu czułam po jej zakończeniu.


 Maria Ernestam - Córki Marionetek

 Pewnego letniego popołudnia na początku lat 80. jedenastoletnia Mariana dokonuje mrożącego krew w żyłach odkrycia. Na karuzeli, do jednego z drewnianych koni, przywiązano jej ojca. Ktoś go śmiertelnie postrzelił, a policja nie może znaleźć sprawcy okrutnego morderstwa.
 Trzydzieści lat później Mariana nadal mieszka w tym samym miejscu. Z wielką pasją i oddaniem prowadzi rodzinny sklep z zabytkowymi lalkami. Spokojne i przewidywalne życie kobiety przerywa nagłe pojawienie się Amerykanina Amnona Goldsteina, który bardzo szybko zyskuje zaufanie mieszkańców szwedzkiego miasteczka. Amnon ma w planach odrestaurować starą piekarnię, ale także wyjaśnić pewien sekret z przeszłości.
 Przybycie do miasteczka nieznajomego otworzy całkiem nowy rozdział w życiu Mariany, która będzie zmuszona skonfrontować się z nigdy niewyjaśnioną tragedią. Obecność Goldsteina wywoła lawinę nieprzewidywalnych i tajemniczych zdarzeń, a mieszkańcy miasteczka nagle odważą się robić rzeczy, o których przedtem nawet nie śnili.

 Na okładce pisało, że to thriller psychologiczny. No nie, w życiu bym tego thrillerem nie nazwała. Opowieść jest jak najbardziej psychologiczna, ale nie trzyma w napięciu. Ale przyznaję, że są jakieś zwroty "akcji". Dla mnie była ta książka trochę zbyt mało ciekawa, żebym z chęcią po nią sięgnęła drugi raz w przyszłości.


 Camilla Läckberg - Ofiara Losu

 Policja w Tanumshede bada wypadek samochodowy. To, co wygląda na tragiczne zdarzenie bez śladów niecnych intencji, okazuje się czymś całkowicie innym. Kiedy dochodzi do kolejnego, równie tajemniczego zdarzenia, pojawia się hipoteza - a jeśli ofiary obu wypadków zamordowano? Policja w Tanumshede ma pełne ręce roboty, tym bardziej, że w mieście kręcony jest telewizyjny reality show. Obecność kamer podsyca konflikt między „gwiazdami” i miejscową społecznością. Czy zabójca kryje się w małej grupie głodnych mediów ludzi współpracujących z programem? Patrik Hedström ma problem z tą sprawą. Jednocześnie zajęty jest przygotowaniami do zbliżającego się ślubu z Ericą. Czas i wysiłek poświęcony na planowanie tego wydarzenia przeradza się we frustrację i stres. Napięcie jest tym większe, że u Patrika i Eriki mieszka jej siostra Anna z dziećmi. Niełatwo jest poradzić sobie z drobnymi kompromisami codziennego życia i ściganiem zabójcy, co widać szczególnie wyraźnie, kiedy Erica zaczyna podejrzewać, że Anna interesuje się całkowicie nieoczekiwanie jedną z osób z kręgu jej przyjaciół...

 Tej autorki nie muszę chyba przedstawiać, nie pierwszy raz się pojawia u mnie. To kolejna udana powieść z ciekawą akcją i niespodziewanymi zwrotami. Zakończenie nieprzewidywalne, nie rozczarowuje. 


 Jeśli chodzi o muzykę to mam kilka ulubionych piosenek, których mogę słuchać non stop. Jak je słyszę w radiu to od razu podśpiewuję sobie lub zaczynam się ruszać :)

 Ed Sheeran - Shape of You


 Steve Aoki & Louis Tomlinson - Just Hold On


 Ofenbach - Be Mine


 Taylor Swift, Zayn Malik - I Don't Wanna Live Foreve


 Kings Of Leon - Reverend


 Chwilowo nie przychodzi mi więcej utworów do głowy więc na tym skończę. Jak macie jakieś fajne książki, filmy lub piosenki to możecie się podzielić tytułami. Życzę Wam udanego tygodnia :)

Lirene - Dwufazowy płyn do demakijażu oczu

 Moje oczy często łzawią dlatego najczęściej sięgam po wodoodporne tusze do rzęs. Ale żeby je zmyć potrzebny jest dobry płyn dwufazowy. Jak sprawdził się ten marki Lirene zaraz się dowiecie :) Jego pojemność to 125 ml, kosztuje ok. 15 zł.


 Opakowanie jest przeźroczyste, widać ile produktu nam zostało i czy dobrze wymieszały się warstwy. Zamykanie "na klik" jest wygodne w użyciu i  łatwo się otwiera. Otwór odpowiednich rozmiarów, bez problemu wlewamy na wacik tyle produktu ile chcemy. 


 Od producenta:


  Konsystencja jest typowa dla płynów dwufazowych, wodnista i lekko tłusta. Fazy łatwo się ze sobą łączą i nie oddzielają się zbyt szybko, spokojnie zdążymy nanieść je na wacik. Na szczęście po jego użyciu nie mam mgły na oczach czy bardzo przeszkadzającej tłustej warstwy. Resztek łatwo się pozbyć tonikiem jeśli ktoś jest bardzo wyczulony na tym punkcie.  


 Jeśli chodzi o główne zadanie czyli demakijaż to radzi sobie z większością produktów, w tym wodoodpornych. Nie trzeba mocno trzeć oczu aby pozbyć się cieni, wodoodpornych kresek czy tuszu. Wyjątkiem wśród moich kosmetyków są tusze marki L'oreal, które są prawdziwie wodoodporne i ciężko je czymkolwiek zmyć.
 Producent obiecuje też dłuższe i mocniejsze rzęsy ale nie zaobserwowałam, żeby urosły. Nawet tego nie oczekiwałam w sumie. Trzeba jednak przyznać, że nie wypadają podczas demakijażu. Nie powoduje również podrażnienia oczu, szczypania ani łzawienia. Do tego jest wydajny, wystarczają mi góra dwa waciki namoczone tym produktem.


 Podsumowanie: Dwufazowy płyn marki Lirene jest warty uwagi. Wg mnie ma cechy jakie musi spełniać tego typu produkt: radzi sobie z demakijażem wodoodpornych produktów bez konieczności długiego męczenia się i tarcia (wyjątek: wodoodporne maskary L'oreal) oraz nie zostawia mocno tłustej warstwy. Do tego nie powoduje łzawienia i szczypania oczu.

 Używałyście ten płyn? Jak Wam się sprawdzał? A może znacie skuteczniejsze? 

Vianek - Odżywcza maseczka-peeling do twarzy

 Należę do osób, które są maseczkowymi leniami. Ciężko mi się zmobilizować do ich regularnego stosowania. Dlatego odżywcza maseczka-peeling marki Vianek tak mnie zaciekawiła. Wydaje się być idealnym produktem aby zaoszczędzić czas a jednocześnie zadbać o cerę. Pojemność to 75 ml i kosztuje ok. 18-20zł. 


 Opakowanie to plastikowa tubka zamykana na "klik". Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, wolę to od zakręcanych opakowań :) Otwór jest odpowiednich rozmiarów więc nie miałam problemów z wydobyciem produktu, tylko przy końcu jest to trochę utrudnione. Grafika typowa dla tej marki czyli kwieciste wzory w kolorze odpowiednim dla danej serii, w tym wypadku pomarańczowe.


 Od producenta: 


 Zapach jest dość specyficzny ale nie powiedziałabym, że nieprzyjemny. Trochę słodki, trochę roślinny. Kolorem i wyglądem może nie zachęca do nakładania na twarz ale nie warto się zniechęcać :)
 Konsystencja jest dość gęsta ale nie zbita. Zawiera sporą ilość drobno zmielonego siemienia lnianego zanurzonego w mieszance maseł i olei. Czasami najpierw wydobywała się sama oleista ciecz więc warto wstrząsnąć opakowanie przed użyciem. Zostawia po sobie lekko tłustawą warstewkę na skórze ale nie przyczynia się ona do zapychania.


 Podczas masażu twarzy tym peelingiem czuć zawarte w nim "drobinki" ale nie nazwałabym go ostrym zdzierakiem. Jednak spełnia swoją rolę i radzi sobie z usuwaniem suchych skórek. Powinien sprawdzić się u osób z wrażliwą skórą, moim naczynkom nie zaszkodził. Część lnu ląduje w wannie lub w zlewie, trochę może wylądować też we włosach dlatego polecam używać tego produktu przed kąpielą lub w jej trakcie. Pozostawiony na twarzy jako maseczka ładnie nawilża. Nie ma mowy o wysuszeniu czy też ściągnięciu skóry po jego użyciu. Za to można się cieszyć miękką w dotyku i gładką skórą.


 Podsumowanie: Bardzo polubiłam ten produkt. Jego działanie 2w1 oszczędza czas podczas kąpieli a działanie jest jak najbardziej zadowalające. Twarz jest miękka i gładka w dotyku, pozbawiona suchych skórek i lekko nawilżona. Nie podrażnia ani nie powoduje żadnych negatywnych efektów. Chętnie kiedyś wrócę do niego.

 Używałyście go? Lubicie produkty 2w1?

Yankee Candle - Cherries On Snow (wosk)

 Póki zima za oknami to korzystam ile mogę i palę zapachy idealnie pasujące do tego okresu. Dzisiaj przedstawię Wam wosk marki Yankee Candle - Cherries On Snow. Jest to zapach limitowany więc warto się na niego skusić póki jeszcze jest w sprzedaży. Na stronie Goodies.pl nadal jest dostępny w cenie 9 zł. Można też zaopatrzyć się w świecę.


 Cherries On Snow

 Wosk ze świątecznej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu czarującej mieszanki soczystych wiśni ze słodkimi migdałami z dodatkiem zimowej świeżości śnieżnego puchu. (opis ze strony goodies.pl)


 Wiśnie nie kojarzą mi się zbytnio ze świętami ale niech będzie, że ze względu na nazwę wosk zakwalifikujemy do zimowych. Na pierwszym planie są wisienki, chyba nikogo to nie zdziwi. Nie są to jednak świeże i soczyste owoce. Bardziej kojarzą mi się ze słodkimi, kandyzowanymi dodatkami na torcie. Może to jedzeniowe skojarzenie spowodowane jest przez migdałowy aromat, który przebija w tle. I choć dziwnie to zabrzmi to czuć też jakby chłodną nutkę, może to moja podświadomość chce gdzieś ten śnieg umiejscowić :)


 Mimo, że zapach należy do słodziaków to nie jest bardzo ulepkowy i mdlący. Przynajmniej dla mnie mieści się w granicach akceptowalnej dawki słodyczy:) Intensywność dobra, ładnie go czuć w pomieszczeniu ale też nie zabija mocą.


 Podsumowanie: Mimo "śniegu" w nazwie nie uważam tego zapachu za typowo zimowy. Owszem, sprawdza się teraz ale będzie uprzyjemniał chłodniejsze dni bez względu na porę roku (no może z wyjątkiem gorącego lata). Jeśli Was zaciekawił to warto się śpieszyć z jego zakupem póki jest okazja.

 Poznaliście już ten zapach? Kuszą Was limitowane edycje Yankee Candle czy nie bardzo?

Urban Decay - Paleta cieni Naked 3

 Odkąd tylko zaczęłam oglądać filmy na YouTube i czytać blogi o tematyce "beauty" marzyła mi się paleta cieni Urban Decay. Długo się opierałam aż w końcu stwierdziłam, że czas zrobić sobie prezent. Mój wybór padł na Naked 3. Dostaniecie je w sklepie internetowym Urban Decay lub w perfumeriach Sephora w cenie 239 zł. Są to drogie palety więc warto czekać na jakąś promocję. 


 Opakowanie jest metalowe i solidne ale zarazem eleganckie i przyciągające wzrok (przynajmniej mój). Podróżowała ze mną wiele razy, nawet do Hiszpanii i nic jej się nie stało. Nie ma szans, żeby sama się otworzyła w kosmetyczce. Łatwo utrzymać je w czystości, wystarczy przetrzeć np. chusteczką. Posiada duże lusterko i pędzelek, który nie jest najlepszej jakości ale da się go wykorzystać. Płaska część może nam posłużyć do nakładania cieni, szczególnie wygodnie mi się to robi na dolnej powiece. Druga, bardziej "puchata" nadaje się bardziej do rozcierania granic. W kartoniku znajdowały się dodatkowo próbki czterech baz pod cienie tej firmy.


 W środku znajduje się 12 cieni, każdy o gramaturze 1,3g. Kolorystyka palety utrzymana jest w odcieniach różu i brązu. Znajdziemy w niej zarówno maty jak i bardziej błyszczące cienie: metaliczne, satynowe oraz z drobinkami. Nadają się zarówno do makijażu dziennego jak i wieczorowego. Pigmentacja większości z nich jest zadowalająca. Jedynie odcień Dust odstaje od reszty i trzeba się z nim trochę napracować.


 Odcienie są tak dobrze dobrane, że świetnie się ze sobą łączą. Nie potrzeba wielkich zdolności ani długiego blendowania aby makijaż ładnie wyglądał. Wystarczy kilka ruchów pędzelkiem i gotowe. Wiele osób zarzuca im, że zlewają się one ze sobą i nie widać, że nałożyłyśmy kilka różnych kolorów. Dla mnie to nie jest wada. To idealne rozwiązanie dla tych co nie mają dużo czasu na zabawę makijażem. Są najlepszym wyborem gdy o 5 rano śpieszę się do pracy. Podczas nakładania mogą się trochę osypywać (szczególnie Dust oraz Blackheart) ale nie ma tragedii.


 Powyżej od lewej: (opisy odcieni pochodzą ze strony urban-decay.pl)
 Strange matowo-satynowy jasny róż
 Dust metaliczny jasny róż z opalizującym drobnym brokatem
 Burnout satynowy jasny brzoskwiniowy róż
 Limit matowy jasny przydymiony róż


 Od lewej:
 Buzz połyskujący metaliczny róż z drobnym srebrnym brokatem
 Trick połyskujący jasny miedziany róż z połyskiem i stonowanymi drobinkami
 Nooner matowy brązowy róż
 Liar średni metaliczny śliwkowy z połyskiem


 Od lewej:
 Factory satynowy różowy brąz
 Mugshot metaliczny beżowy z domieszką różu
 Darkside satynowy głęboki beżowo-śliwkowy
 Blackheart przydymiona matowa czerń z różowo-czerwonymi drobinkami


 Jeśli chodzi o trwałość to nie mam jej nic do zarzucenia. Czasami makijaż mam przez 18 h na sobie i przez cały ten czas są one w świetnym stanie. Nic się nie roluje, nie ściera, nie blaknie. Ewentualnie dolna powieka przegrywa czasami ze łzami. Jednak zaznaczam, że u mnie zawsze cienie lądują na bazie.

 Podsumowanie: Nie żałuję ani złotówki wydanej na tę paletę. To inwestycja na lata, kolory bardzo mi odpowiadają i dobrze się w nich czuję. Są świetnie dobrane przez co ładnie się ze sobą łączą i nawet ktoś nie doświadczony w makijażu poradzi sobie z nimi. Jedyny mały minus to trochę się osypują.

 Macie któraś z paletek marki Urban Decay? Która wersja Naked najbardziej trafia w Wasz gust?  A może wcale Was one nie kuszą?

 P.S. Starałam się zrobić zdjęcia w miarę dobrze oddające kolory ale to wcale nie jest takie łatwe. Mam nadzieję, że choć trochę Wam je przybliżyłam. I choć bardzo chciałabym pokazać jakiś makijaż z ich udziałem to moje zdolności w fotografii i sprzęt są na to zbyt kiepskie.