Lirene, proVita D - ULTRA aktywny krem regenerujacy z witaminą D pro na noc

 Znaleźć krem do twarzy, który będzie w 100% dobrany do naszej cery to prawdziwe wyzwanie. Dlatego często testuję nowe produkty z nadzieją, że kolejny będzie jeszcze lepszy. Zazwyczaj nie ma tragedii ale często znajdzie się coś, co nie do końca mi pasuje. Jak było w przypadku kremu Lirene z serii proVita D o długiej nazwie: ULTRA aktywny krem regenerujący z witaminą D pro na noc (formuła półtłusta)? Zaraz się dowiecie.


 Opakowanie to ładny, zakręcany słoiczek z błyszczącą nakrętką o pojemności 50 ml. Zapakowany był w kartonik z obszernym opisem a pod nakrętką znajdowało się dodatkowo sreberko zabezpieczające. Na zużycie mamy 6 miesięcy od otwarcia. Kosztuje ok. 26 zł i znajdziecie go pewnie w większości drogerii.


 Od producenta:


 Zapach tego kremu jest wyczuwalny ale dość delikatny, kremowy. Nie wyróżnia się jakoś specjalnie i nie powinien nikomu przeszkadzać. Konsystencja jest średnio gęsta, dość treściwa ale przy tym też lekka przez co łatwo nabrać krem i rozprowadzić na twarzy. Wg producenta należy do półtłustych z czym faktycznie bym się zgodziła. Dobrze się wchłania ale zostawia po sobie świecącą, lekko tłustawą warstewkę ale w ogóle mi to nie przeszkadza w kremach na noc. 


 Nawilżenie jakie daje ten krem jest na prawdę dobre. Przy regularnym używaniu nie mam problemów z suchymi skórkami a otworzyłam go właśnie jak miałam przesuszone miejsca na twarzy. Jestem więc zadowolona, że poradził sobie z tym problemem i mu zapobiega. Przynosi też ulgę nałożony na świeżo umytą buzię, która jest nieprzyjemnie ściągnięta. Rano skóra jest miękka, wygładzona i przyjemna w dotyku. Może więc właściwości regeneracyjne i odżywcze kremu nie są przesadzone :)


 Niestety zauważyłam, że odkąd go stosuję częściej pojawiają mi się jakieś niespodzianki na twarzy. Nie są to może wielkie, bolące pryszcze ale jednak widać pogorszenie stanu cery. Obecnie od około 2 tygodni nie używam tego produktu i nic nowego się nie pojawia. Dlatego to właśnie na ten krem padły moje podejrzenia, choć ręki sobie nie dam uciąć. Wydaje mi się, że to sprawka masła shea, najczęściej właśnie kremy z nim w składzie mi szkodzą. 


 Skład jest dość długi, znajdziemy w nim m.in. glicerynę, masło shea, pantenol, kwas foliowy, witaminę E, olej brzoskwiniowy i sojowy, ekstrakt z marchwi i beta karoten. Na pierwszy rzut oka nie widać prowitaminy/witaminy D czy kompleksu proVita D ale doczytałam w internecie, że otrzymują go z cykorii, która rzeczywiście jest w składzie.


 Podsumowanie: Ogólnie krem polubiłam, zarówno jego konsystencja jak i działanie są dla mnie zadowalające. Nawilża na odpowiednim poziomie, dość szybko się wchłania a skóra jest przyjemnie miękka w dotyku. Ma niestety jeden minus, podejrzewam go o zapychanie. Na pewno go wykończę, jeśli nie na twarzy to będę go używać na szyję i dekolt. Ale jeśli sytuacja z wysypem niedoskonałości się powtórzy to nie przewiduję powrotu do niego w przyszłości. 

 Miałyście okazję używać tego kremu? A może jakieś inne marki Lirene testowałyście i polecacie? No i czy na Was też tak działa masło shea?

3 komentarze:

  1. Nie znam tego kremu, chyba już dawno nie miałam nic z Lirene ;/

    OdpowiedzUsuń
  2. Miał krem matujący na noc, ale rano budziłam z bardzo świecącą twarzą...

    OdpowiedzUsuń