Elgydium - Pasta do zębów wybielająca

 Pasty wybielające do zębów mają to do siebie, że do łagodnych nie należą. Zazwyczaj codzienne stosowanie rano i wieczorem przyczyniało się u mnie do krwawienia z dziąseł. Nie były to jakieś katastrofalne skutki ale postanowiłam w następną pastę wybielającą zaopatrzyć się w aptece, żeby polecili mi coś delikatnego. Takim sposobem trafiła do mnie pasta Elgydium Whitening oraz miękka szczoteczka manualna tej firmy (było to jakiś czas temu gdy nie posiadałam jeszcze szczoteczki elektrycznej).
 Ceny nie należały do najniższych, szczoteczka kosztowała ok. 15zł a 75ml pasty ok. 25zł. Oczywiście w aptece zapewniano mnie, że włosie jest delikatne i miękkie a pasta bezpieczna przy codziennym stosowaniu. Producent kusi: "Pasta do zębów Elgydium Whitening zawiera pozbawiony właściwości ścierających szkliwo zębów, silnie rozdrobniony dwuwęglan sodu o właściwościach łagodnie wybielających. Cząsteczki dwuwęglanu sodu doczyszczają nawet w najmniejszych szczelinach szkliwa. Pasta jest skuteczna oraz całkowicie bezpieczna w codziennym stosowaniu. Rezultaty szczotkowania są widoczne natychmiast i poprawiają się wraz ze stosowaniem przez dłuższy czas."
 Niestety obietnice się nie potwierdziły. Takiej masakry z zębami i dziąsłami jaką zrobił mi ten duet nie miałam nigdy w życiu. Krwawienie i ból dziąseł, odsłonięte szyjki zębowe, nadwrażliwość zębów. Myślałam, że szybko się przyzwyczaję i efekty uboczne miną ale niestety robiło się coraz gorzej więc przestałam stosować. Żeby pastę jakoś zużyć dodaję jej odrobinkę do obecnej pasty do zębów ale nie częściej niż raz na tydzień a nawet rzadziej. Wiem, że więcej jej nie kupię i nie będę jej polecać, raczej ostrzegać wszystkich.

Syoss, Silicon Free, Repair & Fullness - Szampon i odżywka

 Szampony i odżywki do włosów to coś co u mnie zmienia się najczęściej. Zazwyczaj nie używam dwóch opakowań tego samego produktu pod rząd, choć wracam do nich później. Obecnie używałam szamponu i odżywki Silicon Free, Repair & Fullness marki Syoss. Przeznaczone są dla włosów normalnych po zniszczone. Pojemność obu to 500ml, natomiast cena każdego to ok. 15zł.
szampon i odżywka
 Zacznę od tego, że stan moich włosów jest dość kiepski. Wypadają ostatnio w sporej ilości, są  zniszczone farbowaniem i suszeniem suszarką. Końcówki są w formie "miotełek" czyli rozdwojone końcówki ponownie się rozdwajają (teraz akurat są obcięte ale znając je za chwilę wrócą do tego stanu). Cienkie, pozbawione objętości i przyklapnięte. Nic fajnego.
Szampon
 Wg producenta ma za zadanie intensywnie regenerować włosy bez ich obciążania. Działanie samego szamponu trudno mi ocenić, ponieważ bez odżywki stosowałam go może 2 razy. Więcej się nie odważyłam bo okropnie plącze moje włosy i podczas rozczesywania wyrywam sobie garść włosów a może i dwie. Poza tym nie robi żadnej krzywdy. Dobrze się pieni i oczyszcza, stosując go nie miałam problemu z podrażnieniem i swędzeniem skóry głowy. Włosy myłam co dwa dni jak zawsze i nie zauważyłam żeby się bardziej przetłuszczały lub były wysuszone.
Odżywka
 Wg producenta ma ułatwiać rozczesywanie, intensywnie regenerować oraz nadawać objętość. Jest to odżywka do spłukiwania, nakładam ją na ok. 5 minut po każdym myciu. Dobrze sobie radzi z wygładzaniem włosów i zmniejsza liczbę wyrywanych włosów podczas rozczesywania do minimum. Włosy nie sprawiają wrażenia obciążonych, są bardziej miękkie ale zwiększonej objętości też nie zauważyłam.
 Jeśli chodzi o zapach to typowy dla tej firmy, ja go osobiście lubię. Oba produkty są wydajne ale szampon wystarcza mi na dłużej gdyż potrzeba go w mniejszej ilości do umycia niż odżywki na całe włosy. Chociaż rewelacji nie robią to już drugi raz używam ten zestaw. Niestety nie znalazłam takich produktów, które by mnie na prawdę zachwyciły swoimi efektami. Może wy polecicie coś do wypróbowania?

Sherlock

 Chciałabym Wam dzisiaj polecić brytyjski miniserial "Sherlock". Na razie zostały wyemitowane dwa sezony, każdy po 3 odcinki, które trwają ok. 1,5h. Trzeci sezon będzie miał premierę w styczniu.
 Ta wersja przygód Sherlocka Holmes'a i jego kompana dr Watsona jest wersją uwspółcześnioną. Dzieje się w czasach obecnych, bohaterowie nie jeżdżą po Londynie dorożkami tylko taksówkami, korzystają z telefonów komórkowych i komputerów a nawet piszą bloga :) Główni aktorzy czyli Benedict Cumberbatch jako Holmes oraz Martin Freeman jako dr Watson są po prostu genialni! Dobrana z nich para na ekranie, ich interpretacja bohaterów różni się trochę od książkowej ale wg mnie jest przez to czymś nowym i ciekawszym. Zobaczycie nie tylko dobrą akcję ale również elementy komediowe przy których można się uśmiechnąć do ekranu :) Nie będę się więcej rozpisywać, żeby nie zdradzać Wam za dużo.
 Mi osobiście współczesna wersja bardzo przypadła do gustu. Gorąco Wam polecam na te jesienne wieczory :)
 PS. U Was też pierwsze opady śniegu już były?

Oriflame

 Kosmetyków marki Oriflame mam bardzo mało więc postanowiłam napisać o nich krótko w jednej notce. Zresztą wydaje mi się, że wszystkie są z edycji limitowanych więc pewnie są już niedostępne. Kupowałam je dość dawno temu na promocjach ale nie pamiętam już cen.
 Pierwszym z nich jest krem do stóp o zapachu cynamonu (75ml). Mam go chyba drugi lub trzeci sezon, co pokazuje jak często używam takich produktów. Teoretycznie po 12 miesiącach powinno się go wyrzucić, ale nie zmienił swojej konsystencji ani zapachu więc nie sądzę, żeby zaszkodził moim stopom. Największą zaletą tego produktu jest cudowny, ciepły zapach, idealny na jesienno-zimowe wieczory. Może efektów super nawilżenia nie daje, ale przyjemnie się go używa (jak już sobie o nim przypomnę). 
-
 Kolejnym produktem jest puder prasowany (6g). Ma bardzo jasny odcień (Light), niewidoczny na twarzy. Małe, ładne pudełeczko z lusterkiem i "puszkiem" jest bardzo praktyczne. Nie używam go na co dzień, zazwyczaj ląduje w torebce do poprawek makijażu. Do tego celu bardzo dobrze się sprawdza, dołączonym "puszkiem" aplikuję puder w miejsca wymagające zmatowienia i uzyskuję naturalny efekt.
-
 Ostatnim produktem jest tusz do rzęs Hypnotic, Wonder Lash Macara kolor Silver Frost. Składa się z dwóch części: czarnej i srebrnej (była jeszcze wersja ze złotem), każda ma po 5ml. Obie szczoteczki są silikonowe, z jednej strony mają dłuższe "włoski" a z drugiej krótsze. Częściej używam czarnej wersji, ładnie podkreśla i wydłuża rzęsy, nie skleja ich. Srebrną używałam tylko kilka razy, nie daje bardzo mocnego, tandetnego efektu co uważam za plus. Wolę ją stosować na czarną maskarę bo moje bardzo jasne rzęsy lepiej wtedy wyglądają. Na imprezy sylwestrowe i karnawałowe była fajnym dodatkiem :)

Astor - Couture Mono Eyeshadow

 Przy okazji recenzji poczwórnych cieni marki Astor wspominałam, że mam jeszcze jeden cień do zrecenzowania więc oto i on. Mowa o pojedynczym cieniu w kolorze 850 Inca Gold.
 W cenie regularnej są dostępne za ok. 20zł, ale często spotykam je na allegro i w drogeriach internetowych za 4-5zł. Swój kupiłam akurat w Pepco, nie pamiętam dokładnie ile zapłaciłam ale na pewno poniżej 10zł. Mogłabym zwalać winę na cenę, że może są stare i przeterminowane. Ale poczwórne były takie same więc nie sądzę, żeby był to przypadek. Na opakowaniu zaznaczone jest, że po otwarciu jest ważny 30 miesięcy.

 Na opakowaniu mamy informacje, że cienie są dedykowane oczom w kolorze brązowym, zielonym oraz piwnym. Mój kolor jest ciężki do określenia ale są bardziej niebiesko-szare jednak chciałam złoty cień to go kupiłam. Kolor lepiej przedstawiają zdjęcia z flash'em. Jednak żeby było widać go na skórze potrzeba kilka warstw, pigmentacja jest fatalna. Po jednokrotnym przejechaniu palcem mamy ewentualnie odrobinę błysku ale koloru prawie nie widać. Aplikator nie nadaje się do użytku, ale przy używaniu pędzelka lub innych aplikatorów również jest marny efekt. Nawet jeśli ktoś ma cierpliwość do nakładania kilku warstw cienia, żeby było je widać to efekt jest krótkotrwały nawet na bazie. A rozcierania tych cieni nawet nie próbujcie bo po prostu znikną
 Podsumowując: nawet gdybym kupiła je za 4 zł byłyby to pieniądze wyrzucone w błoto. Cieniom marki Astor raczej już podziękuję.