Yankee Candle - Lake Sunset

 Jesień się zaczęła wiec sezon na palenie wosków i świec uważam za otwarty :) U mnie to cały rok coś pachnie ale są osoby, które latem odstawiają takie akcesoria. Jednym z zapachów miesiąca Yankee Candle we wrześniu jest Lake Sunset. Oznacza to, że możecie go kupić w atrakcyjnych cenach bo za wosk zapłacicie 5,60 zł a za sampler 8,00 zł. A możecie się nawet na świecę skusić jakbyście chcieli :) Znajdziecie je oczywiście w sklepie goodies.pl :)


"Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: ozon, drewno oraz ananas.
 Namiastka letniego wieczoru i skarbnica wakacyjnych wspomnień ujęta w formie drobnej, wykonanej na bazie naturalnych składników świecy. Sampler Lake Sunset to kwintesencja lipcowego odpoczynku i esencja wyciśnięta z pozytywnych, związanych z błogim leniuchowaniem emocji. Zjawiskowa kompozycja pachnie jak wieczór spędzany na molo i uwodzi idealnie dobranymi, sprawnie ze sobą połączonymi nutami rześkiego powietrza, energetyzującej bryzy i ciężkiego, słodkiego piżma. Kalejdoskop aromatów natury i pretekst do oddania się relaksowi nad brzegiem malowanego promieniami zachodzącego słońca jeziora." (opis ze strony goodies.pl)


 Już sam obrazek mi się spodobał, jest ładny i klimatyczny więc musiałam poznać ten zapach. To był dobry wybór choć na pewno nie wyczuwam w nim ananasa ani żadnego innego owocu. Jest to trochę perfumeryjny zapach, czuć w nim piżmo i pudrowe nuty. Gdzieś w tle wyczuwam też drewno. Bez problemu mogłabym sobie wyobrazić, że tak by pachniało ognisko nad jeziorem o zachodzie słońca. Jest to bardzo przyjemny zapach dla mojego nosa, pasowałby mi na romantyczne wieczory :)


 Zaliczyłabym go do świeżych zapachów chociaż jest trochę nietypowy. Ma w sobie również coś otulającego ale na pewno nie jest ciężkim zapachem. Na intensywność nie można narzekać. Bez problemu zapełnia pokój aromatem ale nie przytłacza i nie męczy. Nawet jak nos już nam się przyzwyczai do zapachu to po ponownym wejściu do pomieszczenia okazuje się, że nadal go czuć.

 Podsumowując:  Kolejny udany zapach Yankee Candle wg mnie. Jak tak dalej pójdzie to zbankrutuję i będę miała więcej świec w szafie niż ciuchów :) Dla mnie jest to uniwersalny zapach, pasuje na każdą porę roku i umila mi wieczory z nim spędzone :)

Bomb Cosmetics - Intensywna kuracja do ust Lipology oraz Coco Kisses

 Już połowa września za nami i jestem pewna, że jesień zagościła u nas na dobre. Dlaczego? Ponieważ moje uszy cierpią od wiatru, głowa pęka, z nosa zaczyna lecieć i mam chłodno w mieszkaniu i pracy. Zdecydowanie nie lubię tego. Ten post próbuję od trzech dni napisać a nie ułatwiało tego zmęczenie po pracy ani ból ale postaram się dziś przezwyciężyć te niedogodności bo wyjdzie na to, że przez następne miesiące za dużo nie napiszę :)
 Na pewno już nie raz tutaj pisałam, że moje usta już od długiego czasu są bardzo wymagające, szybko się przesuszają a nawet gorzej, powstają na nich małe ranki (?). Dlatego mam pełno produktów do ust, które mają mi pomóc w walce z tym. Ostatnio w użyciu są m. in. intensywne kuracje do ust marki Bomb Cosmetics. W ofercie jest kilka wersji ja wybrałam dwie: Lipology o zapachu Czekoladowej Pomarańczy oraz Coco Kisses czyli Kokosowe Pocałunki. Są one do kupienia w różnych sklepach internetowych w cenie 15 zł, nawet nie pamiętam gdzie swoje nabyłam.


 Jak widać produkty znajdują się w małych, zakręcanych opakowaniach. Wiem, że nie każdy lubi taką formę produktów do ust ponieważ nie jest zbyt higieniczna. Mi osobiście nie przeszkadza to, stosuję je po prostu tylko w domu. Na początku smaruję nimi usta prosto z opakowania, dopiero jak się trochę zużyją to zaczynam nakładać je palcem (a wydobywam go z opakowania wierzchem paznokcia żeby nie znalazł się pod nim). 


 Obie kuracje mają bardzo ładne zapachy, łatwo się domyślić jakie :) Lipology pachnie oczywiście pomarańczowymi delicjami a Coco Kisses kokosowo-waniliowo. Dla mnie są to apetyczne aromaty, nie są sztuczne i męczące. Oba są dość intensywne w opakowaniu i podczas nakładania ale na ustach zanikają więc albo mój nos się do nich przyzwyczaja albo się ulatniają. 


 Balsamy mają zbitą konsystencję, w opakowaniu są dość twarde. Dopiero pod wpływem ciepła naszych palców/ust zaczynają się topić i można go zaaplikować. Na ustach zostawiają tłustą warstewkę, nie jest ona jednak lepiąca i nieprzyjemna. Usta ładniej wyglądają posmarowane nimi bo delikatnie się błyszczą ale pod pomadki się średnio nadają. Jest jednak "mało treściwa" ze względu na skład, który opiera się głównie na wosku pszczelim, wyciągu z aloesu, lanolinie i olejkach m. in. kokosowym, ze słodkich migdałów, z nasion konopi, oliwie z oliwek. W praktyce oznacza to tyle, że dość szybko znikają z ust. Nie przynoszą więc długotrwałej ulgi, trzeba często ponawiać aplikację. Aby utrzymały się na nich trochę dłużej należy posmarować je grubą warstwą. Zresztą producent sam każe nam nakładać go obficie tak często jak jest to konieczne. Gdy chcę je zastosować na noc nabieram ilość wystarczającą pewnie na cały dzień używania i wtedy kiedy przebudzę się w nocy nadal czuję, że coś na nich jest :)

Lipology
Coco Kisses

 Gdy moje usta mają lepsze czasy to kuracje Bomb Cosmetics mogę na nich stosować. Chociaż wg mnie bardziej natłuszczają niż nawilżają to jednak przynoszą jakąś ulgę. Niestety w gorszych czasach nie ratują ich i nawet mając jeszcze warstwę tych produktów na wargach szukam czegoś innego bo nie dają mi wystarczającego ukojenia i komfortu. Nie ma więc mowy o regeneracji czy walce z suchymi skórkami.

 Podsumowując: Obie kuracje przypadły mi do gustu pod względem zapachów. Z działaniem nie jest jednak już tak różowo. Dla moich wymagających ust nie jest to "intensywna kuracja" tylko raczej balsam do częstego stosowania. Dlatego polecałabym je osobom, które nie mają większych problemów z ustami i nie oczekują za wiele od tego typu produktów. 

 Miałyście z nimi do czynienia? Lepiej się u Was sprawdzały niż u mnie? A może macie ochotę jednak wypróbować?

Planeta Organica - Krem - Scrub do twarzy dla cery suchej i wrażliwej

 I znowu mnie kilka dni tu nie było. Jak ja bym chciała znaleźć czas na regularne wpisy i odwiedziny u Was. Chyba musiałabym się z pracy zwolnić :) A do tego pogoda mi psuje humor: zimno, deszcz, wiatr. Wolałam słoneczne, upalne lato. Ale mniejsza o to. Miałam pisać o kremie-scrubie do twarzy dla cery suchej i wrażliwej marki Planeta Organica a nie narzekać (a to drugie całkiem nieźle mi wychodzi) :) 


 Krem - scrub zamknięty jest w plastikowym, zakręcanym opakowaniu zabezpieczonym sreberkiem. Napisy są oczywiście po rosyjsku ale nazwa i skład jest również po angielsku a dodatkowo dystrybutor nakleja etykietę z krótkim polskim opisem. Jego pojemność to 100 ml i zapłaciłam za niego ok. 17 zł (cena promocyjna) na stronie Skarby Syberii. 

 Od dystybutora:


 Po otworzeniu opakowania od razu spodobał mi się zapach tego produktu. Jest słodko-pomarańczowy, dzięki czemu nie jest mdły tylko bardzo przyjemny. W niektórych bombonierkach są czekoladki o smaku pomarańczowym, ten scrub właśnie tak pachnie wg mnie, kolorem też mi przypomina to nadzienie :)


 Peeling ma gęstą, dość zwartą konsystencję, znowu nasuwa mi się skojarzenie z nadzieniem czekoladek, takie jakby minimalnie ciągnące się :) Troszkę utrudnia to nabieranie produktu i równomierne rozprowadzanie ale da się to zrobić. Za złuszczanie odpowiedzialne są m.in puder ryżowy, sól morska i pudry ze skorupek orzechów. Drobinek może się wydawać mało ale to tylko pozory. Nawet podczas wykonywania delikatnego masażu twarzy radzą sobie bardzo dobrze z martwym naskórkiem. Nie radziłabym jednak stosować go jeśli macie jakieś ranki ponieważ sól będzie je podrażniać. Również ze względu na nią od razu po masażu zmywam go z twarzy. Robię to przy zamkniętych oczach i ustach bo słony smak nie jest zbyt miły podczas prysznica/kąpieli :) 


 Nie zdarzyło mi się, żebym skoczyła z zaczerwienioną i podrażnioną cera po jego użyciu. Moja twarzy była ładnie oczyszczona, gładka i miękka w dotyku. Do tego nie odczuwałam żadnego ściągnięcia skóry więc bogaty w masła i olejki skład przyczynił się do jej nawilżenia. Nie zostawia mocno tłustej warstwy na skórze tylko raczej delikatny film. Trochę się obawiałam, że scrub nie będzie zbyt dobry dla mojej cery bo bliżej jej do tłustej niż do suchej. Myślałam, że przyczyni się do zapychania i niedoskonałości. Na szczęście nic takiego się nie stało. Jest wydajny ponieważ na jedno zastosowanie wystarcza niewielka ilość. 


 Podsumowując: Krem - scrub marki Planeta Organica bardzo miło mnie zaskoczył. Nie zaszkodził mojej cerze a wręcz po jego użyciu wygląda ona lepiej. Znikają suche skórki, twarz jest oczyszczona i przyjemna w dotyku. Do tego nawilża zamiast wysuszać dzięki bogatemu i naturalnemu składowi. Do tego przyjemny zapach umila jego stosowanie. Za taką cenę naprawdę otrzymujemy porządny i wydajny produkt więc jeśli będziecie miały okazję to polecam Wam go wypróbować.

Kulturalny sierpień :)

 Jak Wam mijają pierwsze dni września? U mnie spore ochłodzenie i wiatr więc moje uszy już cierpią. Na początku miesiąca trzeba podsumować sierpień pod względem "kulturalnym" . Poszło mi trochę lepiej niż w lipcu, udało mi się przeczytać o jedną książkę więcej i obejrzałam aż dwa filmy co jak na mnie jest dużym sukcesem :)

 Tradycyjnie zaczniemy od książek:

 Simon Beckett - Zapisane w Kościach

"Doktor David Hunter ma odczytać historię przerażającej zbrodni ze spopielałych kości. Na targanej sztormem, odciętej od świata i sparaliżowanej śmiertelnym strachem wysepce, której mieszkańcy mają swoje straszne tajemnice. Nic nie jest tym, czym się wydaje. I nic nie może być wyjaśnione do końca."

 Na początku nie wiedziałam, że to druga część serii z dr Hunter'em. Okazało się na szczęście, że mimo tego można spokojnie ją przeczytać i nie odczuwa się "braku" znajomości pierwszej części. Jest to całkiem inna historia, tylko nawiązuje do przeszłości głównego bohatera czasami ale nie ma to większego związku z fabułą. Zakończenie książki było zaskakujące więc chętnie sięgnę kiedyś po inne części serii.


 Kaui Hart Hemmings - Spadkobiercy

 "Los zmienia życie rodziny Matta Kinga, spadkobiercy wielkiej fortuny na Hawajach. Kiedy po wypadku jego żona zapada w śpiączkę, musi nagle zająć się wychowaniem swoich córek. Zajęty do tej pory swoimi sprawami, Matt staje przed bardzo trudnym zadaniem. Siedemnastoletnia Alex odkrywa uroki bycia niegrzeczną dziewczynką, a dziesięcioletnia Scotty planuje pójść w ślady starszej siostry. Mało tego, znają sekret matki, którego odkrycie jeszcze bardziej skomplikuje życie Matta.
Jak w rajskiej scenerii Hawajów - gdzie nawet w szpitalu można kupić pocztówki z surferami - przeżyć rodzinny dramat?
Jak wyobrazić sobie popalającego trawkę chłopaka w roli zięcia?
Jak zostać prawdziwym ojcem?"

 Dawno temu oglądałam film na podstawie tej książki i mi się podobał. Mając więc okazję kupić książkę za grosze w wydaniu kieszonkowym nie wahałam się długo. Niestety nie wciągnęła mnie za bardzo. Przeczytałam ją oczywiście do końca ale chyba w tym wypadku film wygrywa co zdarza się rzadko. Może to wina Clooney'a?


 Richard Paul Evans - Papierowe Marzenia

 "Luke miał bardzo wiele: kochającego ojca, wspaniały dom, pieniądze, zaplanowaną przyszłość. Niestety podjął złe decyzje, poznał nieodpowiednich ludzi. Nie rozumiał, czym naprawdę jest miłość. Kiedy uświadomił sobie, jak wiele stracił, był gotów zrobić wszystko, by naprawić swoje błędy, odzyskać zaufanie ojca i zasłużyć na prawdziwe uczucie. Czy kręte ścieżki jego życiowych wyborów zaprowadzą go wreszcie do domu?"

 Współczesna opowieść o synu marnotrawnym. Przebieg wydarzeń raczej nas nie zaskoczy ale książkę się czytało bardzo szybko i aż się zdziwiłam, że już się skończyła :)


 Nicholas Sparks - Bezpieczna przystań

"Kiedy w nadmorskim miasteczku na południu USA pojawia się tajemnicza młoda kobieta, niektórzy zadają sobie pytanie, co skłoniło ją do porzucenia miejskiego życia i przeprowadzki w miejsce, w którym nic ciekawego się nie dzieje. W Southport czas płynie leniwie i jego mieszkańcy nie mają przed sobą sekretów. Piękna, ale zamknięta w sobie Katie pracuje w lokalnej restauracji U Ivana i wyraźnie unika zawierania nowych znajomości. Do czasu. Kiedy poznaje Alexa, właściciela niewielkiego sklepu, wdowca z dwójka dzieci, wbrew sobie zaczyna coraz bardziej angażować się w życie jego rodziny. Niespodziewanie miedzy tym dwojgiem wybucha uczucie.Katie zdaje sobie jednak sprawę, że musi zrobić następny krok, że przyszłości i szczęścia nie da się zbudować na kłamstwach i ukrywaniu prawdy o własnej przeszłości. W najczarniejszej godzinie jedynie miłość może dać jej bezpieczne schronienie..."

 Nicholas Sparks należy do autorów po których lubię sięgać. Jego książki zazwyczaj mają w sumie coś wzruszającego więc filmy na ich podstawie to często wyciskacze łez :) "Bezpieczna Przystań" była przyjemną książką do czytania, nie nudziła mnie, nie była zbyt banalna więc zaliczam ją do udanych lektur.


 Jeśli chodzi o filmy to w tym miesiącu obejrzałam:

 Bezpieczna przystań (Save Haven) (2013)

 Jak sama nazwa wskazuje jest to film oparty na podstawie powyższej książki Sparks'a. Jako, że lubię i książki i filmy na ich podstawie to znalazłam wreszcie czas żeby obejrzeć jakiś film. I w sumie to chyba nie był dobry pomysł oglądać go zaraz po przeczytaniu powieści. Bo jak to zwykle bywa są różnice pomiędzy jednym a drugim. Film nie był oczywiście zły, jeśli ktoś lubi komedie romantyczne to pewnie będzie zadowolony. Jednak książka podobała mi się bardziej i tyle. Łez nie było.


 Terminator: Genisys (2015)

 "Walczący z cyborgami w 2029 r. John Connor wysyła w przeszłość Kyle'a Reese'a, by ten uratował jego matkę przed Terminatorem." (opis z serwisu filmweb)

 Akurat był u mnie kolega i pozwoliłam mu wybrać film, żeby nie narzekał potem :) Padło na najnowszego Terminatora. Nie mam w sumie porównania z innymi częściami bo chyba żadnej w całości nie oglądałam. Ale powiem Wam, że nie wiem czy to kolejne piwko wypite podczas seansu czy sam film spowodowały, że czasami przypominał bardziej komedię :) No bo Arnold jest już nie pierwszej świeżości i jakoś tak jego postać trochę komiczna była. W sumie dało się obejrzeć ale chyba nie tego się spodziewaliśmy.


 Jeśli chodzi o muzykę to ciągle przewijały się te same piosenki co w lipcu.  Wśród pominiętych wtedy piosenek a ciągle obecnych na mojej playliście jest na pewno Tiesto & KSHMR feat. Vassy "Secrets"


 Jakimś cudem pominęłam też ostatnio piosenkę Adam'a Lambert'a "Ghost Town".


 John Newman "Come And Get It" też wpadła mi w ucho :)


A żeby nie było, że nic nie ma po polsku to na koniec będzie zespół Enej i ich "Kamień z napisem LOVE".


 A co Wy ciekawego przeczytaliście/obejrzeliście/słuchaliście w sierpniu? Znacie, którąś z tych propozycji? 

 Na koniec mam do Was małe ogłoszenie. Dawid, mój bliski kolega ogłosił na swoim facebooku pewną akcję. Otóż chce od szerzyć uśmiech i pomagać przy tym innym :) Brzmi banalnie ale chłopak ma dobre serce więc chce wykorzystać swoje marzenie do pomocy innym. A jest nim zdobycie najwyższych szczytów każdego z państw europejskich tzw. Korona Europy. W skrócie: można u niego zamówić pocztówkę/zdjęcie/filmik z miejsca jego wyprawy, dla siebie lub komuś zrobić niespodziankę. Opłata to 20 zł i będzie przekazana na cele charytatywne. Tym razem będzie to budowa studni w Somali lub Sudanie Południowym. Szczegóły przeczytać możecie sobie tutaj. Zamówienia zbiera do jutra, czyli 04.09 ponieważ już w sobotę 05.09 rusza na podbój kolejnego szczytu.


 Gorąco zachęcam Was do włączenia się do akcji. Jeden kosmetyk mniej we wrześniu może wywołać uśmiech na twarzy obdarowanej osoby jak również na twarzy mojego kolegi. No i pomożecie wybudować studnię :) Mam nadzieję, że nie tylko wśród naszych znajomych znajdą się osoby chętne do pomocy i damy Dawidowi motywację do zdobywania szczytów i pomocy innym :)

Projekt Denko - Sierpień

 Witajcie kochani pierwszego dnia września. Jak to dobrze, że nie musiałam iść dziś do szkoły. Chociaż wstawanie o 4 rano do pracy też nie było przyjemne :) Oczywiście na koniec/początek miesiąca trzeba się rozstać ze zgromadzonymi pustymi opakowaniami więc czas pokazać sierpniowy projekt denko :)


 W tym miesiącu zdecydowałam się na mały przegląd kolorówki, nadszedł czas pożegnania z  przeterminowanymi rzeczy. Powinnam jeszcze zrobić dokładniejszy przegląd i powiększyć ofertę wyprzedażową, chociaż i tak ciągle coś tam nowego ląduje (więc zapraszam do zapoznania się z ofertą, ceny można negocjować :) ). Jak znajdę czas i motywację to na pewno pojawi się tam więcej rzeczy.


 1. Be Beauty - Płyn do kąpieli Róża i mleczko kokosowe <recenzja>
 Płyn bardzo dobrze się pienił i miał ładny, delikatny zapach ale dobrze wyczuwalny. Do tego bardzo korzystna cena za dużą pojemność. Chętnie wypróbuję jeszcze inne wersje zapachowe więc KUPIĘ.

 2. Isana - Żel pod prysznic z miodem kwiatowym
 3. Isana - Żel pod prysznic z ekstraktem z czereśni
 4. Isana - Wiosenny żel pod prysznic z ekstraktem z malin
 Limitowane żele pod prysznic mark Isana non stop u mnie goszczą, poluję na nie aż do skutku :) Wszystkie zapachy mi odpowiadały a same żele nie zaszkodziły mojej skórze. Do tego ładne opakowania zachęcają do kupna :) Gdyby nie to, ze tonę w zapasach to KUPIŁABYM.


 5. Green Pharmacy - Pianka do higieny intymnej Biała Akacja i Zielona herbata
 To już drugie moje opakowanie zużyte wiec jestem z niej zadowolona. Robi co ma robić i nie podraznia. Obecnieużywam czegoś innego ale zamówiłam już sobie na zapas tą piankę bo stancjonarnie niesttey ich nie widuję. KUPIŁAM

 6. Sun Ozon - Tropikalny balsam do opalania SPF 30  <recenzja>
 Balsam do opalania, który może i chroni przed promieniowaniem słonecznym ale prawdopodobnie wywołuje u mnie paskudne uczulenie. Nie mam zamiaru dłużej ryzykować jego używania dlatego ląduje w koszu. NIE KUPIĘ

 7. Himalaya Herbals - Pianka do mycia twarzy z miodlą indyjską <recenzja>
 Puszysta pianka, która skutecznie oczyszcza skórę i nie przesusza jej. Odczuwałam delikatnie ściągnięcie skóry po jej użyciu ale krem łatwo sobie z tym radził. Delikatnie pachnie i jest bardzo wydajna. MOŻE KUPIĘ


 8. I Love... - Masło do ciała Raspberry & Blackberry <recenzja>
 Masełko bardzo ładnie pachnie, lubię takie owocowe zapachy więc przyjemnie się je używało. Nawilżenie dla mnie było wystarczające, dobrze się rozsmarowywało. Akurat ponownie się pojawiło w sprzedaży na ezebra.pl i znowu gdyby nie zapasy to KUPIŁABYM.

 9. Green Pharmacy - Peeling cukrowy Róża piżmowa i Zielona herbata <recenzja>
 Bardzo przyjemnie pachnący i skuteczny peeling. Zawarta w nim parafina nie była oblepiająca i przeszkadzająca. Moja mama bardzo go polubiła więc pewnie KUPIĘ.

 10. Alterra - Mydła roślinne
 Ostatnio regularnie goszczą w domowej łazience. KUPIĘ


 11. Receptury Babuszki Agafii - Żel-krem pod oczy do 35 lat "Zatrzymanie Młodości" <recenzja>
 Całkiem przyzwoity krem pod oczy o bardzo dużej pojemności i niskiej cenie. Nadaje się pod makijaż i całkiem nieźle nawilża. Byłam z niego zadowolona ale na razie mi się trochę znudził więc testuję nowe. MOŻE KUPIĘ

 12. Mel Merio - Woda perfumowana
 Dawno temu znalazła się u mnie ale miała zbyt sztuczny i niezbyt ciekawy zapach więc posłużyła w końcu za odświeżacz w toalecie. NIE KUPIĘ

 13. Marc Jacobs - Daisy Dream próbka
 Próbka perfum, która zainteresowała mnie nimi dlatego zakupiłam pudełeczko Inspired By Kasia Tusk, w którym były dostępne :) KUPIŁAM

 14. Olive - Krem do rąk próbka
 W Grecji dostałam tą próbkę chyba do jakichś zakupów. Całkiem fajny krem, pewnie jakbym ją zużyła na miejscu to kupiłabym pełnowymiarowe opakowanie a tak już nie będzie okazji. KUPIŁABYM


 15. L'oreal - Volume Million Lashes Waterprooof <recenzja>
 Z tej maskary zadowolona nie byłam niestety. Efekty nie były powalające (zobaczycie je w recenzji) a do tego zostawiała grudki, kruszyła się, osypywała i przy drugiej warstwie sklejała rzęsy. Możliwe, że trafił mi się stary, otwierany wcześniej egzemplarz ale na razie nie mam ochoty robić do niej ponownego podejścia. NIE KUPIĘ

 16. Essence - Get BIG! Lashes Volume Boost Waterproof
 Ta maskara też nie dawała u mnie efektu "wow", raczej nadawała się na codzienne wyjście na zakupy a nie na cały dzień w pracy czy wieczorne wyjście. Mimo, że kupiłam ją w dwupaku zafoliowaną to też się osypywała od samego początku więc to nie ze starości. Później poszła w odstawkę i teraz wyrzucam bo jest już zaschnięta. Raczej NIE KUPIĘ

 17. Claire's - Brokatowe cienie do powiek
 18. H&M - Cień sypki
 19. Paese - Cienie do powiek
 20. Oriflame - Puder
 Wszystkie z nich kupiłam jeszcze na studiach więc wypadałoby się ich pozbyć już. Cienie z Claire's nawet ani razu nie użyłam bo to taki bezbarwny żel z zatopionym brokatem, za dużego efektu nie daje. Cień z H&M bardzo lubiłam za kolor i błysk. Trójka z Paese niestety szybko straciła wieczko więc nie mogłam ich przewozić w kosmetyczne więc zapomniałam o ich istnieniu. Puder z Oriflame był bardzo małych rozmiarów i miał jasny odcień więc nadawał się idealnie do torebki do małych poprawek w ciągu dnia. Raczej żadne z nich nie są już dostępne więc mimo, że niektóre z nich nie były złe to NIE KUPIĘ

 21. FlosLek - Wazelina kosmetyczna do ust poziomkowa
 Ładnie pachnie ale z moimi ustami nie robi nic dobrego. Nie nawilża i musiałabym ją nakładać chyba co 10 minut żeby odczuwać chwilową poprawę. Wymęczyłam połowę, reszta ląduje w koszu. NIE KUPIĘ

 Podsumowanie: Gdyby nie porządki w kolorówce to pewnie denko byłoby uboższe ale i tak jestem zadowolona. Ciągle coś ląduje w reklamówce więc jest szansa, że kiedyś wyjdę z zapasów :) Może we wrześniu uda mi się ograniczyć wreszcie zakupy :)

 A jak Wam idzie zużywanie? Zapasy maleją czy ciągle są na stałym poziomie?