Stoker (2013) oraz Paranoja (2013)

 Ostatnimi czasy (czytaj: odkąd pracuję) nie mam za dużo czasu aby zrobić wszystko co bym chciała. W pierwszej kolejności staram się odwiedzać Wasze blogi i napisać coś na swoim od czasu do czasu. Szybciej też nadrabiam zaległości na YouTube, bo tam filmiki zazwyczaj nie trwają dłużej niż 20 minut. Najgorzej jest z serialami, filmami i książkami. Od czasu świąt wielkanocnych udało mi się obejrzeć tylko dwa filmy więc dzisiaj będzie o krótko na ich temat. Oba zaliczane są do kategorii thriller/dramat.
 "Stoker" (2013) (opis ze strony filmweb.pl)
"W następstwie tragicznej śmierci ojca w dniu swoich osiemnastych urodzin, India Stoker (Mia Wasikowska) poznaje Charliego (Matthew Goode), charyzmatycznego stryja, o którego istnieniu nawet nie wiedziała. Przybyły na pogrzeb brata Charlie postanawia zostać i wprowadza się do domu Indii i jej niestabilnej emocjonalnie matki (Nicole Kidman). Obie są nim zafascynowane - jego czar, urok i spokój coraz bardziej je pociąga. Wkrótce jednak wychodzi na jaw, że przyjazd Charliego to nie przypadek, a szokujące tajemnice z jego przeszłości mogą wpłynąć na przyszłość Indii... lub nawet całkowicie ją zniweczyć."
 
 Ten film nie należy do prostych i lekkich. Nazwałabym go raczej tajemniczym i odrobinę mrocznym. Niby fabuła sama w sobie nie jest bardzo oryginalna ale film ma niepowtarzalny klimat co sprawia, że staje się jeszcze ciekawszy. Skomplikowane  relacje w tej rodzinie i przemiana jaką przechodzi India są na prawdę warte obejrzenia. Niektóre sceny pozbawione słów zawierają więcej emocji niż niejeden dialog. Może nie jest to kino, które każdemu się spodoba ale ja jak najbardziej polecam ten film. A jako ciekawostkę dodam, że za scenariusz i produkcję odpowiada Wentworth Miller, znany z "Prison Break" jako Michael Scofield.

"Paranoja" (2013) (opis ze strony filmweb.pl)
"Najnowocześniejsze technologie warte miliardy dolarów, strzeżone przez dwie wielkie korporacje. Dwaj potężni biznesmeni (Gary Oldman i Harrison Ford) walczący ze sobą wszelkimi dostępnymi metodami. Młody wybitny inżynier (Liam Hemsworth), który staje się narzędziem w ich rękach. Błyskawiczna droga na szczyt. Wielkie pieniądze. Kobiety i zaszczyty. Ten raj staje się pułapką. Wszechobecna inwigilacja, osaczające intrygi, bezpardonowa walka, w której ludzie stają się pionkami i uderzająca świadomość: z tej matni nie ma ucieczki. Ale można podjąć walkę"

 Jak na thriller sensacyjny przystało mamy zwroty akcji, fabuła nawet ciekawa. Oczywiście obecność przystojnego Liam'a dodatkowo sprawiała, że był to bardzo miły dla oka seans :) Trochę przerażająca może być świadomość, że nowoczesne technologie nie zawsze są rozwiązaniem bezpiecznym dla nas. Nic więc dziwnego, że można czasami popaść w paranoję bycia non stop obserwowanym, gdzie ktoś śledzi każdy nasz ruch w sieci i nie tylko. Skoro dopadło to bohatera filmu to może i dopaść również zwykłego, szarego człowieka :) A tak już całkiem serio, film jest całkiem niezły. Ogląda się przyjemnie, nie trzeba na nim za dużo myśleć ale na pewno nie jest nudny. 

 Oglądaliście, któryś z tych filmów? Jeśli tak to jak Wam się podobały?

Farmona, Tutti-Frutti - Mus do ciała Brzoskwinia & Mango

 W ten piękny, słoneczny dzień postanowiłam napisać o produkcie, który kojarzy mi się właśnie z ciepłem i słońcem przez swój zapach. Na mus do ciała marki Farmona, Tuffi-Frutti w wersji brzoskwinia & mango skusiłam się już po raz drugi (po dość długiej przerwie więc nie jestem pewna czy wcześniej nie miałam masła). Wypatrzyłam go w Biedronce za bardzo korzystną cenę ok. 7zł więc chyba za połowę regularnej ceny.
 Opakowanie to plastikowy, zakręcany słoiczek zawierający 275ml produktu. Oczywiście była zabezpieczone przed ciekawskimi paluchami sreberkiem. Jest niskie ale szerokie przez co jeszcze bardziej ułatwia nam nabieranie produktu.  Może nie należy do najbardziej higienicznych ale możemy przynajmniej zużyć je w całości.
Od producenta:
 Największa zaleta tego produktu to niewątpliwie jego zapach. Producent mówi, że tak pachnie szczęście. W sumie polepsza mi samopoczucie swoim aromatem więc mogę się z tym trochę zgodzić :) Dla mnie pachnie jak jakiś jogurt owocowy więc bardzo apetycznie. Do tego długo utrzymuje się na ciele (a na piżamie jeszcze dłużej).
 Konsystencja tego produktu jest lekka ale nie do końca bym powiedziała, że to mus. Może raczej budyń albo mi się tylko tak kojarzy :) Łatwo się rozprowadza na skórze, nie roluje się. Troszkę trzeba odczekać aż się całkowicie wchłonie, jednak ja i tak od razu się ubieram w piżamkę bo mam strasznie zimno w wynajmowanym mieszkaniu. Mimo tego zdąży zadziałać na skórę. 
A jak działa? Całkiem przyjemnie :) Skóra jest gładka i miła w dotyku. Czuć nawilżenie, chociaż z suchą skóra pewnie sobie nie poradzi. Największe rezultaty są oczywiście gdy używa się go regularnie, z czym u mnie trochę ciężko. Staram się sięgać po niego chociaż 2 razy w tygodniu i na pewno widać różnicę w porównaniu z czasami, kiedy nie stosowałam żadnych balsamów itp. Skład może nie zachwyca, a masło Shea nie jest na najwyższym miejscu ale skoro działa to mi to nie przeszkadza. Nie zostawia na skórze klejącej warstwy. Nie uczulił mnie ani nie podrażnił (nawet stosowany zaraz po goleniu nóg). Jest wydajny, używam go od około dwóch miesięcy i jestem w połowie opakowania. Jednak przy codziennym stosowania starczyłby oczywiście na krócej.
Podsumowując: dla mnie jest to produkt idealny na wiosnę i lato. Ma lżejszą konsystencje niż masła do ciała oraz pięknie pachnie. Możliwe, że wypróbuję też inne wersje zapachowe ale do tej na pewno powrócę.
 Używałyście musów Tutti-Frutti? Może polecicie jakiś inny zapach do wypróbowania?

John Burdett - Tatuaż

 Wreszcie udało mi się przeczytać do końca książkę, którą zaczęłam w lutym. Nie było to łatwe bo nie starcza mi na wszystko czasu, a książka nie należy do najłatwiejszych do czytania ale o tym za chwilę.

 Opis z okładki:
 "Sonchai Jipleecheep, detektyw buddysta, jedyny nieskorumpowany policjant w Bangkoku, światowej stolicy płatnego seksu, prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa agenta CIA, Mitcha Turnera. Trupa mężczyzny znaleziono w jednym z hoteli. Główną podejrzaną jest piękna prostytutka Chanya, w której Sonchai się podkochuje. Z pozoru prosta sprawa ma jednak drugie dno - okazuje się, że zamordowany został przed śmiercią obdarty ze skóry. Naciskany przez Amerykanów pułkownik Vikorn, szef detektywa i współwłaściciel dochodowego burdelu, chce chronić swoją gwiazdkę i kieruje podejrzenia na muzułmańskich ekstremistów z Al-Kaidy. Gdy wychodzi na jaw, że Turner miał na plecach artystyczny tatuaż, śledztwo gmatwa się jeszcze bardziej, prowadząc do zaskakującego, epatującego okrucieństwem finału."
 Jest to druga książka z buddyjskim detektywem tego autora. Każda z historii jest jednak odrębną opowieścią więc nie trzeba czytać ich po kolei, w niczym to nie przeszkadza.
 Książka wprowadza nas w klimat Tajlandii już od pierwszych stron. Narratorem jest Sonchai, który nazywa nas "farangiem" i tłumaczy wszystko co może być dla nas niezrozumiałe. I właśnie przez ilość tych wtrąceń do kultury i zwyczajów panujących w tym kraju oraz do buddyzmu, książka nie należy do najłatwiejszych powieści do czytania. Z jednej strony jest to ciekawe, z drugiej trochę męczące. Niestety czyta się ją przez to dość wolno. Może gdybym miała więcej czasu na czytanie, sprawiałoby mi to większą przyjemność.
 Sama fabuła książki jest trochę skomplikowana, jakby przeplatało się tam kilka wątków. Niby na końcu łączą się w całość ale w trakcie czytania nie ułatwia to zagłębienia się w czytaną historię. Muszę przyznać, że książka mnie nie wciągnęła przez długi czas. Dopiero gdy zaczęłam dostrzegać powiązania pomiędzy wątkami czytało mi się ją przyjemniej i szybciej. Pierwszą połowę książki czytałam strasznie długo (od lutego), za to resztę skończyłam w tydzień. Zakończenie jest dosyć zaskakujące, spodziewałam się mniej więcej z czym będzie związane ale dokładnego finału bym w życiu nie wymyśliła.

Podsumowując: książkę polecam szczególnie osobom, które lubią takie egzotyczne scenerie książek. Dla tych, którzy lubią wciągające książki od pierwszej strony może być to zły wybór. Posiadam w swoich zbiorach trzecią książkę z tej serii, jednak na razie muszę odpocząć od tego klimatu. Obawiam się, że znowu zajęłoby mi zbyt dużo czasu czytanie jej. Teraz wybiorę coś bardziej tradycyjnego.

Celia, de Luxe - Płyn micelarny

 Z tą recenzją trochę się śpieszę, bo produkt ten jest obecnie dostępny w Biedronce na promocji. Więc jeśli kogoś zainteresuje to będzie miał okazję jeszcze go dostać, bo niestety normalnie jego dostępność jest ograniczona. Mowa o płynie micelarnym marki Celia, seria de Luxe. Jest to produkt przeznaczony do demakijaży twarzy i oczu każdego rodzaju cery. Zawiera wyciąg z pereł i kwas hialuronowy, nie zawiera za to parabenów. Ja swój kupiłam w drogerii Jawa za ok. 10zł jakiś czas temu.
 Opakowanie jak widzicie jest białe, plastikowe, zamykane na "klik". W moim egzemplarzy otwiera się trochę dziwnie, ale nie będę się czepiać, tak mi się po prostu trafiło :) Niestety nie jest przeźroczyste więc nie widać ile produktu zostało nam w środku. Wylewanie na wacik tego płynu nie jest też takie proste jakby mogło się wydawać. Otwór wydaje się być normalnych rozmiarów więc nie powinien sprawiać problemów. Niestety przy zwykłym przechyleniu płyn wylewa się w małej ilości albo bardzo wolno. Trzeba nacisnąć buteleczkę (co nie jest łatwe bo plastik jest twardy) albo nią potrząsnąć aby zwilżyć porządnie wacik, jednak często wtedy aż przesadzamy z ilością. Nie wiem czy znowu mój egzemplarz tak ma czy co.
 Od producenta:
 Konsystencja jest typowo wodnista, chyba nikogo to nie zdziwi. Zapach jest delikatny, świeży, kojarzy mi się trochę z ogórkiem ale nie wiem czemu skoro nie ma w składzie wyciągów z ogórka :)
 Jeśli chodzi o działanie to jest całkiem przyzwoite. Mnie jeszcze chyba żaden płyn micelarny nie zachwycił, każdy po prostu robi to co ma robić czyli zmywa makijaż. Do zmycia makijażu potrzeba mi zazwyczaj dwóch wacików (przypominam, że do zmywania tuszu używam produktów dwufazowych a podkład nakładam sporadycznie). Używałam go również rano w celu odświeżenia twarzy i też dobrze się sprawdzał w tej roli. Niestety zostawia na twarzy klejącą warstwę co nie jest zbyt przyjemnym uczuciem, szczególnie rano dlatego obecnie stosuję go tylko wieczorem. Nie podrażnia, nie uczula, nie powoduje łzawienia oczu podczas zmywania korektora czy cieni. Wydajność ciężko mi ocenić bo nie wiem ile go zostało w opakowaniu. Próbowałam pod światłem coś zobaczyć ale widocznie mam za słabe światło w łazience, tu potrzeba reflektorów :)

 Podsumowując: płyn dość dobrze oczyszcza twarz z makijażu i zanieczyszczeń. Minusem jest ciężkie wylewanie produktu na wacik w odpowiedniej ilości oraz zostawianie lepiej warstwy na skórze. Komu to nie przeszkadza może śmiało go wypróbować. Ja nie sądzę, żebym do niego wróciła po wykończeniu tej butelki.

Joanna, Naturia - Peeling myjący

 Peelingi myjące Naturia firmy Joanna ostatnio stale goszczą w mojej łazience. Zużyłam już dwa truskawkowe, teraz skusiłam się na kiwi oraz wygrałam u 80agness kolejną truskawkę :) Jeden więc został w domu, drugi zabrałam do wynajmowanego mieszkania. Ich koszt to ok. 4-5zł za buteleczkę 100ml, najtaniej chyba można je dostać jak się pojawiają w Biedronkach. Zapachów jest kilka do wyboru m.in. pomarańcza i czarna porzeczka.
 Opakowanie to mała, poręczna plastikowa buteleczka, zamykana na "klik". Dzięki niewielkim rozmiarom są idealnym rozwiązaniem na wyjazdy. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby się samo otworzyło podczas transportu i coś z niego wyciekło.Poza tym takie kolorowe kosmetyki ładnie wyglądają stojąc na wannie :)
 Od producenta: 
 "Peeling myjący o owocowym zapachu doskonale wygładza i odświeża ciało. Specjalnie dobrana receptura zawiera nawilżający ekstrakt z truskawki/kiwi oraz drobinki ścierające, które usuwają zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka.
Wspaniałe rezultaty:
- oczyszczona i odświeżona skóra
- gładsza i milsza w dotyku
- przyjemnie pachnąca
Sposób użycia: Niewielką ilość peelingu nanieść na zwilżoną skórę. Masować kolistymi ruchami do pojawienia się piany, a następnie spłukać. Stosować 2-3 razy w tygodniu"
 Zapachy obu peelingów przypadły mi do gustu, choć nie pachną jak prawdziwe owoce. Są przyjemne dla nosa w buteleczce oraz podczas użycia, nie utrzymują się jednak na skórze. Ale w sumie nie oczekiwałam tego, wystarczy mi pachnący balsam do ciała :)
 Ma dość gęstą konsystencję, nie wycieka bez naciśnięcia opakowania, nie spływa z dłoni czy też ciała. Pod koniec opakowania trzeba trochę bardziej się namęczyć z jego wydobyciem dlatego staram się go postawić do góry dnem np. opierając w rogu wanny o ścianę (sam niestety stać nie chce).
 W produkcie znajdziemy dwa rodzaje drobinek: kryształki przypominające cukier (ale nim nie są) oraz czarne, które wyglądają jak pestki truskawki/kiwi. Nie są one ani za mocne, ani za delikatne czyli dla mnie w sam raz. Nie wyrządzą nam krzywdy więc spokojnie można je używać nawet na delikatniejsze partie ciała. Jeśli chcę mocniejszego efektu to po prostu używam trochę więcej siły do masowania się tym peelingiem np. na udach i stopach.
 Produkt może nam służyć do mycia, tworzy delikatną pianę i zgodziłabym się ze stwierdzeniem producenta o "oczyszczaniu i odświeżeniu skóry". Gdy np. zapomnę kupić żelu pod prysznic to spokojnie mogę użyć w zamian tych peelingów. Nie zauważyłam żeby wysuszały skórę czy zostawiały ją ściągniętą. 
 Jeśli chodzi o wydajność to nie jest z nią tak źle jak myślałam, że będzie. Takie maleństwo spokojnie starcza mi na kilka a może i kilkanaście razy bo nie potrzeba go dużo wyciskać aby wypeelingować całe ciało. No chyba, że ktoś lubi mocne zdzieranie i chce mieć więcej drobinek do dyspozycji :)
 Podsumowując: polubiłam te peelingi na tyle, żeby do nich wracać bo są tanie i skuteczne. Mogliby je również produkować w większych pojemnościach ale takie małe też mają swoje plusy. Na pewno wypróbuję jeszcze inne wersje zapachowe, teraz kusi mnie pomarańcza :)
 Używaliście je? Jakie zapachy najbardziej Wam przypadły do gustu?