Nowości i wygrane :)

 Kolejny weekend spędzony w pracy. Dziś ostatni dzień przed wolnym był masakrycznie ciężki i zapracowany, przez 12 godzin nie miałam czasu iść na przerwę śniadaniową. A jaka jest typowa pogoda jak ja zaczynam 3 dni wolne od pracy? Zimno i deszczowo. Eh... Ale nie będę więcej marudzić. Zapraszam na szybki przegląd nowości, jakie się u mnie pojawiły w ostatnim miesiącu (mniej więcej).
 Torebka z Pepco za 29.90zł dostępna była w wersji miętowej i koralowej. Chodziłam obok niej kilka razy, za każdym razem jak byłam w sklepie ją oglądałam więc stwierdziłam, że muszę ją wreszcie kupić póki jest :)
 Druga torebka to prezent. Niestety wężowy motyw to trochę nie w moim stylu więc nie wiem czy się do niej przekonam.
 Bluza z kwiatkami i koszulka z misiami koala to nabytki ze sklepu Butik. Skusiłam się na nie na promocji: druga rzecz 50% taniej :)
 T-shirtów nigdy dość, szarego chyba nie mam obecnie w szafie więc na pewno się przyda :)

 W kwietniu poszczęściło mi się również z wygranymi w rozdaniach blogowych.
 Pierwszą nagrodę wygrałam u 80agness z bloga The Beautiful Side Of Life. Od dawna miałam ochotę wypróbować kosmetyki Balea, teraz mam wreszcie okazję. Oczywiście reszta nagrody jest również świetna i bardzo mnie ucieszyła :)
 Drugą nagrodę wygrałam u Linki Karo z bloga Kosmetyczka Inżynierki. Tym razem również udało mi się zdobyć przedmiot pożądania czyli pędzel do pudru marki Real Techniques.
 Zakupami kosmetycznymi zazwyczaj się nie chwalę, dowiadujecie się o produktach dopiero przy recenzjach ale tym razem zrobiłam wyjątek. Na promocjach prawie zbankrutowałam. Oszczędziło mnie tylko to, ze w Rossmannie do którego obecnie zaglądam jest mało szaf: brak Lovely, Manhatanu, Max Factora, Revlonu, Bourjois (tych dwóch ostatnich nigdzie w okolicy nie mam). Często też trafiałam do drogerii na ostatnie dni obowiązywania promocji więc były już pustki i ciężko było coś wybrać. Ale co nieco wpadło do koszyka :)
Rossmann
Natura
 W Biedronce skusiłam się na dwa urocze kołonotatniki, chociaż ich wcale nie potrzebowałam :)
 Nie mogłam też przejść obojętnie obok kosmetyków jakie od kilku dni można tam znaleźć. Nie kupiłam wszystkiego co chciałam, nadal zastanawiam się np. nad szczotką do mycia twarzy i kilkoma innymi kolorami lakierów. Ale biorąc pod uwagę kurczące się środki finansowe nie wiem czy wrócę po resztę zachcianek :)
 To już chyba wszystko. Było jeszcze zamówienie ze sklepu Goodies.pl ale nie zostało uwiecznione na razie na zdjęciach więc na bieżąco będę pokazywać nowe woski i samplery :)
 Chciałabym powiedzieć, że w tym miesiącu już nic nie kupię ale chyba nie ma szans na dotrzymanie słowa. Jestem oficjalnie zakupoholiczką. Chyba czas się leczyć :)
 A jak tam Wasze portfele się czują po tym promocyjnym szaleństwie? Też płaczą tak jak mój? Czy byłyście dla nich łaskawsze?

Golden Rose, Rich Color - Lakier od paznokci nr 39

 Lakierów do paznokci Golden Rose z serii Rich Color chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, większość z Was je pewnie zna :) Ja na razie posiadam tylko dwa odcienie ale pewnie to się zmieni jak odwiedzę ich stoisko. Dzisiaj pokażę Wam kolor nr 39.
turkus morski
 Lakiery są o pojemności 10,5ml i kosztują ok. 7zł na stoiskach Golden Rose, można je spotkać również w mniejszych drogeriach. Wybór kolorów jest spory, na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.
  Od producenta: "Długotrwały lakier. Szeroki pędzelek ułatwia aplikację. Nie zawiera toluenu i formaldehydu."
turkus morski
Z lampą.
 Prezentowany dziś lakier ma śliczny kolor (moim zdaniem): turkus wpadający troszkę w morski, ciężko mi go określić lepiej :) Ma on w sobie pełno migoczących turkusowych i srebrnych drobinek. Osobiście lubię lakiery z takim wykończeniem. Na zdjęciach lepiej jest on oddany z użyciem lampy niż w świetle dziennym.
Światło dzienne.
 Na zdjęciach widoczne są dwie warstwy lakieru, tyle potrzeba do pełnego krycia. Przy pierwszej nie ma tragedii ale wiadomo, że efekt jest znacznie słabszy. Pędzelek jest płaski i szeroki, dzięki temu szybko pokrywamy całą płytkę lakierem. Trochę gorzej jest ze schnięciem, trwa to dość długo. Tzn. "na pierwszy dotyk" niby lakier jest suchy ale zdarzyło mi się już włożyć rękę do torebki i wyjąć z nieestetycznie naruszonym lakierem lub po wstaniu rano miałam odciśniętą poduszkę/włosy. Nie wiem czy za szybko nakładam drugą warstwę czy za grubą czy po prostu lakiery tak mają. Chyba musiałabym zainwestować w jakiś wysuszacz/top coat. 
 Nie wiem czy zauważycie na poniższym zdjęciu (jak klikniecie to się powiększy) ale np. na palcu wskazującym zrobiły mi się małe kropeczki/bąbelki. Nie jestem zbyt obeznana w temacie lakierów i malowania paznokci więc nie do końca wiem co to jest :) Wiem, że nie na każdym paznokciu się pojawiły i wiem, że przy następnym malowaniu ich nie było. Od czego to zależy to już nie bardzo wiem ale dla pełnej recenzji trzeba było wspomnieć. Może, któraś z Was mnie oświeci w tym temacie :)
 Trwałość mnie zadowala, spokojnie wytrzymał 3 dni, w tym jeden w pracy (czyli warunki ekstremalne) bez uszczerbku, może z delikatnie startymi końcówkami. Dopiero 4 dnia (czyli 2 w pracy) pojawił się pierwszy, mały odprysk, po 5 dniu (3 dzień pracy) doszło ich ze 2-3 ale nie wyglądały jeszcze tragicznie. Czyli radzi sobie lepiej niż Revlon, który w 3 dniu nie był już do zaakceptowania. Ze zmywaniem nie ma większych problemów, zmywa się trochę gorzej jak położę go na bazę w postaci odżywki Eveline 8w1. Nie są to jednak męczarnie w pocie i łzach :)
 Podsumowując: Największym plusem jest dla mnie kolor tego lakieru, który uwielbiam. Największy minus to czas schnięcia ale inni nie narzekają więc może to moja wina. Na pewno zaprezentuję Wam jeszcze kiedyś drugi kolor z tej serii jaki posiadam oraz pewnie skuszę się na jakieś nowe. Już kilka widziałam nowych odcieni na blogach, które mnie kuszą :)
 A jak u Was się sprawują te lakiery? Lepiej schną niż u mnie? Może jest jeszcze ktoś kto ich nie wypróbował?

TAG: Mój zwierzęcy przyjaciel vol.1

 Postanowiłam zrobić tag o moich zwierzakach. Dzisiaj poznacie Lunę, którą mogliście już widzieć w jednym z październikowych postów <tutaj> oraz w poście o okularach Firmoo <tutaj>.

1. Jak nazywa się Twój zwierzak?
 Luna.
2. Jakie to zwierzę i jakiej jest rasy?
 Jak widać, jest to pies :) Rasa: owczarek niemiecki.
3. Jak długo jest już z Tobą?
 Pewnie będą już z 3-4 lata. Niestety nie mogłam znaleźć zdjęć jak była mała.
4. Jak dostałaś swojego zwierzaka?
 Po tym jak zdechł nasz poprzedni owczarek Bella, mój tata nie chciał kupować następnego psa bo stwierdził, że najpierw musi wybudować nową budę i kojec. A miał zamiar zrobić to dopiero latem (była późna zima). Niestety musiał w końcu ulec bo ja z moim bratem nie dawaliśmy mu spokoju. W końcu zanim szczeniak podrośnie i pójdzie na dwór to on zdąży wybudować mu nowy "domek" :) Któregoś dnia będąc jeszcze na studiach dostałam smsa od brata, że mamy w domu małego krokodyla, którym okazała się mała Luna. Brat wybrał szczeniaczka dlatego mówimy, że to jego pies teoretycznie.
5. Ile ma lat?
 Tyle samo ile jest z nami czyli 3-4 lata.
6. Co jest dziwnego w charakterze Twojego zwierzaka?
 Wszystko. Skoro teoretycznie jest to pies mojego brata to jest najbardziej podobny z charakteru do niego. Są  więc tak samo nieobliczalni i szaleni. Przykłady? Proszę bardzo.
Jak przyjechałam pierwszy raz do domu żeby ją poznać to na powitanie ugryzła mnie w nos :)
Uwielbia się opalać ze mną na leżaku. Tzn. próbuje bo kończy się to przewróceniem leżaka a my lądujemy na ziemi. Jak już się podda to kładzie się pod nim i liże mnie przez otwory znajdujące się w nim :)
Chyba jest prawdziwą kobietą bo lubi nosić buty. Gdy tylko dorwie jakiegoś to trzeba być bardzo czujnym gdzie się z nim znajduje. Od dwóch lat szukam jednego z nich :)
Udaje ptaszka tzn. pije wodę z poidełka dla ptaków oraz próbuje zabrać słoninę z karmnika.
Lubi pomagać w pracach ogrodowych. Jesieniom przy wykopywania warzywek z ogródka pomaga w ich noszeniu, tylko nie wiadomo gdzie je zanosi - tym sposobem w tym roku nie mieliśmy buraczków na barszcz wigilijny :) Uwielbia też kwiatki - jeść lub leżeć na nich (ku rozpaczy mojej mamy).
Jest bardzo wysportowana a jej ulubionym sportem są skoki przez przeszkody np. pochylającą się przy kwiatkach moją mamę. Lubi też grać w piłkę nożną, spokojnie mogliby ją powołać do reprezentacji. Gdy nie ma piłki to kula mojego małego psa. Jak na fana piłki nożnej przystało można ją zobaczyć z wuwuzelą  (tak to się odmienia? )
Mogłabym tak pisać, i pisać...
7. Co Twoje relacje ze zwierzakiem dla Ciebie znaczą?
 Kocham wszystkie psy. Ale na punkcie swoich mam fioła :) Nie wyobrażam sobie nie mieć psa. Luna jest raczej psem rozrywkowym, jej szalone zachowania od razu poprawiają człowiekowi humor i wywołują uśmiech na twarzy. Jeśli nie można jej z jakiegoś powodu wypuścić z kojca, żeby pobiegała i jest smutna to serce mi pęka i wchodzę wtedy do niej żeby się z nią pobawić choć kończy się to zawsze dużym praniem :)
8. Ulubione chwile?
 Każda :)
9. Jak nazywasz swojego zwierzaka?  
 Luna, Lunuś, Lunciaczek, Piękność, Księżniczka i inne tego typu słodkie określenia :)
 Jak Wam się podoba nasza Luna? Wolicie psy czy koty? A może jesteście z tych co wolą pająki lub inne nietypowe zwierzątka domowe :)

Essence - Pojedynczy cień do powiek 03 Starlight (srebrny)

 Jeśli ktoś śledzi mojego bloga to pewnie zauważył, że jak pojawiają się na nim cienie do powiek to nie są one matowe. Należę do grona srok, uwielbiam wszystko co błyszczące. Dlatego w mojej kosmetyczce nie może zabraknąć srebrnego cienia. Jednym z posiadanych przeze mnie jest pojedynczy cień do powiek z Essence w odcieniu 03 Starlight (sparkling effect). Kosztował ok. 8zł.
 Cienie mają 2,5g i znajdują się w plastikowym opakowaniu, które jest wytrzymałe i nie otwiera się samo w kosmetyczce. Na wierzchu mają wytłoczony wzorek przez co wyglądają dość ciekawie. W ofercie jest dużo kolorów do wyboru, każdy znalazłby tam coś dla siebie. Wydaje mi się, że są również dostępne różne wykończenia: ja mam "sparkling", widziałam też "matt" i "metallic" ale możliwe, że są jeszcze jakieś.
 Srebrny cień musi być dla mnie mocno błyszczący, aby pięknie rozświetlał powiekę. Niestety ten nie do końca spełnił moje oczekiwania. Jego pigmentacja jest raczej średnia, trzeba dokładać kolejne warstwy żeby był widoczny na powiece i nie daje on typowego srebrnego koloru, raczej delikatną srebrną poświatę. Stosowany solo daje bardzo delikatny efekt, nadaje się na dzień do delikatnego, naturalnego ale błyszczącego makijażu. Wybieram go jak np. nie mam czasu na makijaż albo chcę właśnie tylko delikatnego efektu. Używam go również do rozświetlania samych wewnętrznych kącików. Muszę również zauważyć, że ta pięknie błyszcząca powierzchnia pod spodem jest już mniej intensywna. Ale nie jest to aż taka różnica jak przy cieniach z H&M o których pisałam tutaj.
 Na trwałość na bazie nie narzekam, trzymają się ok. 6 godzin czyli podobnie do np. cieni z Lovely. Nie kruszą się i po otrzepaniu pędzelka nie osypują się. Jeśli zapomnimy o tym drobinki mogą nam osadzić się na policzkach. Do nakładania tego cienie w wewnętrzne kąciki oczu wolę używać pacynkę z Rossmanna, która jest z jednej strony standardowych rozmiarów, a z drugiej jest znacznie węższa. Daje to lepszy efekt w szybszym czasie niż kilkukrotne nakładanie pędzelkiem. 
 Podsumowując:  poszukiwania idealnego srebrnego cienia nadal trwają. Ten jest raczej wyborem na dzień niż na wieczór bo daje dość delikatny efekt. Jednak nie żałuję zakupu za tą cenę i pewnie skuszę się jeszcze na cienie z Essence z tej lub innej serii.
 Ciekawa jestem czy mieliście cienie z tej serii i czy pigmentacja ciemniejszych kolorów lub innych wykończeń jest lepsza. Dajcie znać :)

Isana - Żel pod prysznic Violet Passion

 Witam Was serdecznie w pierwszym majowym poście. Mam nadzieję, że Wasza majówka jest udana i macie lepszą pogodę niż ja: dość chłodno i deszczowo choć czasem wyjdzie słońce. Dzisiaj odpoczywam spokojnie w domku a pozostałe 2 dni jeszcze nie mają sprecyzowanych planów, się zobaczy :)
 Dzisiejsza recenzja będzie jak widzicie poświęcona żelowi pod prysznic Violet Passion marki Isana. Wydaje mi się, że ten zapach jest nowością bo wcześniej go nie widziałam. Cena to 3-4zł za 300ml więc jak najbardziej korzystna.
  Od producenta: "Żel pod prysznic Violet Passion o owocowo-kwiatowym zapachu zawiera ekstrakt z czarnych porzeczek. Rozpieszcza zmysły i czyni codzienną kąpiel pod prysznicem szczególnym doznaniem. Łagodny kompleks pielęgnacyjny pomaga utrzymać równowagę wilgotności skóry i chronić ją przed wysuszeniem. Skóra staje się wyczuwalnie miękka i gładka. Nie zawiera parabenów. Tolerancja przez skórę: pH przyjazne dla skóry - potwierdzone dermatologicznie."
 Opakowanie standardowe dla tych żeli czyli plastikowe, zamykane na "klik". Plusem jest niewątpliwie to, że można go stawiać do góry nogami co ułatwia używanie go gdy pod koniec zostaje mam końcówka żelu. Widzimy również ile dokładnie produktu zostało nam w opakowaniu dzięki przeźroczystej butelce.Podoba mi się nawet obrazek i kolor żelu :)
 Zapach jest dla mnie jednym z najważniejszych aspektów w żelach pod prysznic. Miałam nadzieję, że ten będzie bardziej fiołkowy a mniej porzeczkowy, jest odwrotnie. Na początku byłam rozczarowana z tego powodu ale po kilku użyciach nawet go polubiłam. Jest świeży i oryginalny, nie spotkałam wcześniej podobnego. Nie utrzymuje się długo na ciele ale podczas prysznica/kąpieli jest dobrze wyczuwalny.
 Konsystencja typowo żelowa, dość lejąca. Łatwo się wylewa z opakowania odpowiednią ilość produktu. Wydajność standardowa, nie kończy się w zbyt szybkim tempie.
 Co do działania to nie mam wielkich wymagań. Ma myć, pienić się i nie wysuszać (no i ładnie pachnieć). I ten spełnia wszystkie kryteria. Nie uczula, nie podrażnia. Cieszę się więc, że po dłuższej przerwie wróciłam do żeli tej marki. Wcześniej często je używałam ale ostatnimi czasy ciągle gościł u mnie albo żel Bali z Biedronki albo te z Oryginal Source.
Lubicie żele Isany? Violet Passion już wypróbowałyście? A może macie jakiś inny ulubiony zapach?