Urban Decay - Paleta cieni Naked 3

 Odkąd tylko zaczęłam oglądać filmy na YouTube i czytać blogi o tematyce "beauty" marzyła mi się paleta cieni Urban Decay. Długo się opierałam aż w końcu stwierdziłam, że czas zrobić sobie prezent. Mój wybór padł na Naked 3. Dostaniecie je w sklepie internetowym Urban Decay lub w perfumeriach Sephora w cenie 239 zł. Są to drogie palety więc warto czekać na jakąś promocję. 


 Opakowanie jest metalowe i solidne ale zarazem eleganckie i przyciągające wzrok (przynajmniej mój). Podróżowała ze mną wiele razy, nawet do Hiszpanii i nic jej się nie stało. Nie ma szans, żeby sama się otworzyła w kosmetyczce. Łatwo utrzymać je w czystości, wystarczy przetrzeć np. chusteczką. Posiada duże lusterko i pędzelek, który nie jest najlepszej jakości ale da się go wykorzystać. Płaska część może nam posłużyć do nakładania cieni, szczególnie wygodnie mi się to robi na dolnej powiece. Druga, bardziej "puchata" nadaje się bardziej do rozcierania granic. W kartoniku znajdowały się dodatkowo próbki czterech baz pod cienie tej firmy.


 W środku znajduje się 12 cieni, każdy o gramaturze 1,3g. Kolorystyka palety utrzymana jest w odcieniach różu i brązu. Znajdziemy w niej zarówno maty jak i bardziej błyszczące cienie: metaliczne, satynowe oraz z drobinkami. Nadają się zarówno do makijażu dziennego jak i wieczorowego. Pigmentacja większości z nich jest zadowalająca. Jedynie odcień Dust odstaje od reszty i trzeba się z nim trochę napracować.


 Odcienie są tak dobrze dobrane, że świetnie się ze sobą łączą. Nie potrzeba wielkich zdolności ani długiego blendowania aby makijaż ładnie wyglądał. Wystarczy kilka ruchów pędzelkiem i gotowe. Wiele osób zarzuca im, że zlewają się one ze sobą i nie widać, że nałożyłyśmy kilka różnych kolorów. Dla mnie to nie jest wada. To idealne rozwiązanie dla tych co nie mają dużo czasu na zabawę makijażem. Są najlepszym wyborem gdy o 5 rano śpieszę się do pracy. Podczas nakładania mogą się trochę osypywać (szczególnie Dust oraz Blackheart) ale nie ma tragedii.


 Powyżej od lewej: (opisy odcieni pochodzą ze strony urban-decay.pl)
 Strange matowo-satynowy jasny róż
 Dust metaliczny jasny róż z opalizującym drobnym brokatem
 Burnout satynowy jasny brzoskwiniowy róż
 Limit matowy jasny przydymiony róż


 Od lewej:
 Buzz połyskujący metaliczny róż z drobnym srebrnym brokatem
 Trick połyskujący jasny miedziany róż z połyskiem i stonowanymi drobinkami
 Nooner matowy brązowy róż
 Liar średni metaliczny śliwkowy z połyskiem


 Od lewej:
 Factory satynowy różowy brąz
 Mugshot metaliczny beżowy z domieszką różu
 Darkside satynowy głęboki beżowo-śliwkowy
 Blackheart przydymiona matowa czerń z różowo-czerwonymi drobinkami


 Jeśli chodzi o trwałość to nie mam jej nic do zarzucenia. Czasami makijaż mam przez 18 h na sobie i przez cały ten czas są one w świetnym stanie. Nic się nie roluje, nie ściera, nie blaknie. Ewentualnie dolna powieka przegrywa czasami ze łzami. Jednak zaznaczam, że u mnie zawsze cienie lądują na bazie.

 Podsumowanie: Nie żałuję ani złotówki wydanej na tę paletę. To inwestycja na lata, kolory bardzo mi odpowiadają i dobrze się w nich czuję. Są świetnie dobrane przez co ładnie się ze sobą łączą i nawet ktoś nie doświadczony w makijażu poradzi sobie z nimi. Jedyny mały minus to trochę się osypują.

 Macie któraś z paletek marki Urban Decay? Która wersja Naked najbardziej trafia w Wasz gust?  A może wcale Was one nie kuszą?

 P.S. Starałam się zrobić zdjęcia w miarę dobrze oddające kolory ale to wcale nie jest takie łatwe. Mam nadzieję, że choć trochę Wam je przybliżyłam. I choć bardzo chciałabym pokazać jakiś makijaż z ich udziałem to moje zdolności w fotografii i sprzęt są na to zbyt kiepskie.

Projekt Denko - Grudzień oraz Styczeń :)

 Miałam opublikować denko grudniowe w zeszłym miesiącu ale jak popatrzyłam na zawartość reklamówki z pustymi opakowaniami to stwierdziłam, że nie ma za bardzo o czym pisać. Dlatego tym razem zapraszam Was na Projekt Denko z dwóch miesięcy: grudnia i stycznia.


 Teraz trochę się tego uzbierało, reklamówka prawie pełna więc zobaczmy co tam udało mi się zużyć żebym mogła zrobić miejsce na kolejne pustaki :)


 1. Avon - Mleczko do kąpieli z lawendą i jaśminem
 Dwufazowe mleczko, które trzeba wstrząsnąć przed użyciem. Tworzy dużą pianę i delikatnie pachnie lawendą. Zapach jest wyczuwalny ale całej łazienki nie zapełni. Wydajność nie powala ale może dlatego że nie żałowałam go sobie :) Opłaca się je kupić tylko na promocjach. MOŻE KUPIĘ

 2. Balea - Żel pod prysznic Marakuja & Frezja
 Chyba ostatni żel tej marki, który wyciągnęłam z zapasów. Lubię je za ładne zapachy, dobrze się pienią i nie szkodzą mojej skórze. MOŻE KUPIĘ

 3. Pilomax - Szampon codzienny do włosów jasnych
 Chyba niczym się nie wyróżniał. Dobrze się pienił ale plątał włosy i konieczna była po nim dobra odżywka lub maska. Wydajny. MOŻE KUPIĘ

 4. Organic Shop - Mango Sugar Sorbet
 Jak to pachnie! Idealny zapach dla miłośników owoców w każdej postaci, prawdziwy sorbet z mango :) Jako peeling sprawdza się całkiem dobrze, wygładza ale nie jest zbyt ostry. Do tego lekko nawilża dzięki zawartości maseł shea i mango oraz olejków. Duże opakowanie jest wydajne i warte swojej ceny. MOŻE KUPIĘ


 5. I Love... - Masło do ciała Coconut & Cream <recenzja>
 Zapach tego masełka kojarzył mi się z bitą śmietaną i wiórkami kokosowymi. Całkiem apetyczny i przyjemny :) Konsystencja dość gęsta ale nie zbita i lekka, łatwo się nabiera i rozsmarowuje na ciele. Nawilża oraz zostawia skórę miękką i gładką w dotyku. Link do recenzji innych zapachów. MOŻE KUPIĘ

 6. Garnier Olia - Farba do włosów nr 110
 Daje ładny odcień na moich włosach,  pozbawiony żółtych tonów więc nie muszę się ich pozbywać fioletowymi szamponami. Zapach jest znośny choć kwiatkami nie pachnie :) KUPIĘ


 7. Lirene - Dwufazowy płyn do demakijażu oczu
 Radził sobie z makijażem oczu,  nawet z wodoodporną maskarą. Wyjątek to tusz z L'oreal, z nim musiałam się dłużej pomęczyć ale tak każdy płyn ma. Nie zostawiał mocno tłustej warstwy po sobie, nie widziałam jak "przez mgłę". Wydłużenia rzęs nie zaobserwowałam ale przynajmniej nie wypadały podczas demakijażu. MOŻE KUPIĘ

 8. Apis - Mgiełka z wodą różaną i ekstraktem z dzikiej róży <recenzja>
 Ostatnio poświęciłam jej cały post. Odświeża i sprawdza się w roli toniku zarówno rano jak i wieczorem. Pomaga przy maseczkach glinkowych aby nie zasychały. Ładnie pachnie, mgiełka mogłaby być delikatniejsza ale idzie się przyzwyczaić. MOŻE KUPIĘ

 9. AA, Oil Infusion - Żel peelingujący do mycia twarzy
 Dobrze się pienił i oczyszczał twarz z resztek makijażu i zanieczyszczeń. Po użyciu odczuwałam ściągnięcie twarzy ale nie przesuszał. Drobinki peelingujące były delikatne i można go było używać do codziennego stosowania. Nie powinny nikomu wyrządzić krzywdy. Miał dość specyficzny zapach ale nie był nieładny, może to olejek babassu i awokado. MOŻE KUPIĘ


 10. Avon - Krem do rąk Kwiat Wiśni
 Niestety dla mnie ten krem był za słaby. Kiepsko nawilża a jak nakładałam go grubą warstwą to się nie wchłaniał tylko rolował. Dlatego łączyłam go później z innymi np. z poniższym serum AA. Plus za ładny zapach. NIE KUPIĘ

 11. AA, Oil Essence - Serum do rąk aktywnie regenerujące
 Tego serum też nie stosowałam solo ponieważ było trochę klejące. W połączeniu z innym kremem ten efekt nie był wyczuwalny. Całkiem ładnie pachniało i nie najgorzej wpływało na dłonie. Nawilżenie może nie powalało ale przyjemnie je wygładzało. MOŻE KUPIĘ

 12. Norel - Hialuronowy krem aktywnie nawilżający
 Fajny, lekki krem pod makijaż. Szybko się wchłaniał i nie zostawiał po sobie tłustej czy mocno świecące warstwy. Nawilżał wystarczająco, nie powodował niedoskonałości. MOŻE KUPIĘ

 13. Gliss Kur - Szampon do włosów farbowanych (miniatura)
 Kiedyś często gościły u mnie produkty tej marki, teraz za dużo zapasów mam żeby je kupować. Miniaturka jest fajna na wyjazdy. Dobrze się pieni i oczyszcza włosy, trochę plącze włosy ale zwykła odżywka sobie po nim poradzi. MOŻE KUPIĘ


 14. Yankee Candle - Wosk Snow In Love <recenzja>
 Bardzo fajny zapach na zimowe dni. W opisie jest mowa o drzewach iglastych i paczuli. Dla mnie dominuje bardziej ta druga, iglaki są gdzieś w tle. Zapach jest trochę perfumeryjny i otulający a zarazem świeży. Całkiem udane połączenie. KUPIŁAM

 15. The Secret Soap Store - Krem do rąk Zielona Herbata <recenzja>
 Idealny krem do moich suchych dłoni. Gęsta, treściwa konsystencja potrzebuje chwili na wchłonięcie i zostawia po sobie lekko tłustą warstewkę na skórze ale mi to nie przeszkadza. Nawilża dobrze i na długo, chroni przed ponownym przesuszeniem i szorstkością. Jest wydajny i cudownie pachnie przez długi czas. Link do recenzji innych zapachów. KUPIĘ

 16. Himalaya Herbals - Pasta do zębów Sparkly White
 Stały bywalec, delikatna dla zębów i dziąseł. KUPIŁAM

 17. Tisane - Balsam do ust Fresh <recenzja>
 Całkiem fajny produkt, nieźle nawilżał i nie trzeba było ponawiać aplikacji co 10 minut. Miał przyjemny zapach/posmak i nie chłodził zbyt mocno przez co nawet teraz przy niższych temperaturach mogłam go używać. MOŻE KUPIĘ


 18. BeBeauty - Chusteczki do demakijażu
 Chusteczki robią swoje czyli radzą sobie ze zmyciem makijażu ale jakoś wolę płyny micelarne. Ale przydają się na wyjazdy. Można też je użyć do oczyszczenia dłoni w razie potrzeby, nie tylko z resztek po makijażu. MOŻE KUPIĘ

 19. LUS - Maseczka algowa w płacie
 Kolejna maseczka tej marki jaką wypróbowałam, kupiłam kiedyś cały pakiet w jakimś sklepie internetowym bo były na promocji za małe pieniądze. Część na nos trochę za krótka dla mojego dużego nosa ale tak poza tym całkiem fajna. Nałożona po oczyszczeniu twarzy nawilża i zostawiała ją miłą w dotyku. MOŻE KUPIĘ

 20. Vianek - Odżywczy krem do twarzy na dzień z ekstraktem z korzenia cykorii (próbka)
 21. Sylveco - Lekki krem nagietkowy (próbka) 
 Sporo próbek tych marek już zużyłam i chyba na żadną nie narzekałam. Te również się sprawdzały  bez zarzuty. Nawilżały, nadawały się pod makijaż i nie zaszkodziły mojej cerze. MOŻE KUPIĘ

 Podsumowanie: Jak na zużycia z dwóch miesięcy to szału nie ma, coś mi ostatnio ciężko idzie to zużywanie. Bywały miesiące kiedy udało mi się uzbierać ich więcej niż teraz. Trzeba nad tym popracować :)
 A jak Wam poszło w grudniu i styczniu? Lepiej Wam idzie niż mi opróżnianie opakowań?

Apis Professional - Mgiełka z wodą różaną i ekstraktem z dzikiej róży

 Moja poranna i wieczorna pielęgnacja codziennie zawiera tonizowanie twarzy. Jednak nie zawsze używam do tego produktu, który ma w nazwie słowo "tonik". Ostatnimi czasy za to zadanie była odpowiedzialna mgiełka z wodą różaną i ekstraktem z dzikiej róży marki Apis Professional. Dostaniecie ją w wielu sklepach internetowych. Pojemność to 150 ml i kosztuje ok. 18 zł.Do wyboru są również dwie inne wersje: z wodą z owoców pomarańczy oraz z gałązek oliwnych.


 Opakowanie to plastikowa, nieprzezroczysta butelka z atomizerem. Niestety nie widać ile produktu zostało nam w środku i trzeba to oceniać po ciężarze opakowania. Atomizer to ogólnie fajne rozwiązanie jednak w tym przypadku na twarzy lądują dość spore krople produktu. Wolałabym bardziej delikatną mgiełkę. Idzie się przyzwyczaić (tylko pierwsze użycie to taki szok) ale często pryskałam ją nie bezpośrednio na twarz tylko na wacik i przecierałam nim skórę.

 Od producenta:


 Mgiełka ma przyjemny, lekko różany zapach. Nie jest zbyt mocny ani duszący więc nie powinien przeszkadzać. Do tego dość szybko się ulatnia.
 Konsystencja wiadomo jaka jest - wodnista. Po przetarciu nasączonym wacikiem na twarzy nie zostaje po niej ślad. Natomiast jak rozpryskamy ją bezpośrednio na skórę to trzeba poczekać chwilę aż się wchłonie. Nie zostawia żadnej tłustej czy klejącej warstwy na skórze.


 Po jej użyciu skóra jest odświeżona, przynosi też ukojenie po umyciu twarzy zanim nałożymy na nią krem. Sprawdza się również do spryskiwania maseczek, które zasychają na twarzy np. tych na bazie glinek. Świetnie spisałaby się też latem do odświeżenia w gorące dni. Jeśli chodzi o obietnice wzmacniania i uszczelniania naczynek krwionośnych to nie zaobserwowałam jakiejś różnicy ale w sumie nawet nie oczekiwałam tego. Dodam jeszcze, że jest wydajna ale wg producenta powinniśmy ją zużyć w ciągu 4 miesięcy od otwarcia.


 Podsumowanie: Mgiełka marki Apis Professional jest warta uwagi. Dla mnie sprawdzała się najlepiej używana jak tonik: po demakijażu, umyciu twarzy oraz zaraz po przebudzeniu. Przynosiła ulgę i odświeżała. Jedyny mały minus to atomizer, mógłby rozpylać ją w postaci delikatniejszej mgiełki ale idzie się przyzwyczaić.

 Miałyście do czynienia z produktami marki Apis? Lubicie mgiełki do twarzy?

Lirene, proVita D - ULTRA aktywny krem regenerujacy z witaminą D pro na noc

 Znaleźć krem do twarzy, który będzie w 100% dobrany do naszej cery to prawdziwe wyzwanie. Dlatego często testuję nowe produkty z nadzieją, że kolejny będzie jeszcze lepszy. Zazwyczaj nie ma tragedii ale często znajdzie się coś, co nie do końca mi pasuje. Jak było w przypadku kremu Lirene z serii proVita D o długiej nazwie: ULTRA aktywny krem regenerujący z witaminą D pro na noc (formuła półtłusta)? Zaraz się dowiecie.


 Opakowanie to ładny, zakręcany słoiczek z błyszczącą nakrętką o pojemności 50 ml. Zapakowany był w kartonik z obszernym opisem a pod nakrętką znajdowało się dodatkowo sreberko zabezpieczające. Na zużycie mamy 6 miesięcy od otwarcia. Kosztuje ok. 26 zł i znajdziecie go pewnie w większości drogerii.


 Od producenta:


 Zapach tego kremu jest wyczuwalny ale dość delikatny, kremowy. Nie wyróżnia się jakoś specjalnie i nie powinien nikomu przeszkadzać. Konsystencja jest średnio gęsta, dość treściwa ale przy tym też lekka przez co łatwo nabrać krem i rozprowadzić na twarzy. Wg producenta należy do półtłustych z czym faktycznie bym się zgodziła. Dobrze się wchłania ale zostawia po sobie świecącą, lekko tłustawą warstewkę ale w ogóle mi to nie przeszkadza w kremach na noc. 


 Nawilżenie jakie daje ten krem jest na prawdę dobre. Przy regularnym używaniu nie mam problemów z suchymi skórkami a otworzyłam go właśnie jak miałam przesuszone miejsca na twarzy. Jestem więc zadowolona, że poradził sobie z tym problemem i mu zapobiega. Przynosi też ulgę nałożony na świeżo umytą buzię, która jest nieprzyjemnie ściągnięta. Rano skóra jest miękka, wygładzona i przyjemna w dotyku. Może więc właściwości regeneracyjne i odżywcze kremu nie są przesadzone :)


 Niestety zauważyłam, że odkąd go stosuję częściej pojawiają mi się jakieś niespodzianki na twarzy. Nie są to może wielkie, bolące pryszcze ale jednak widać pogorszenie stanu cery. Obecnie od około 2 tygodni nie używam tego produktu i nic nowego się nie pojawia. Dlatego to właśnie na ten krem padły moje podejrzenia, choć ręki sobie nie dam uciąć. Wydaje mi się, że to sprawka masła shea, najczęściej właśnie kremy z nim w składzie mi szkodzą. 


 Skład jest dość długi, znajdziemy w nim m.in. glicerynę, masło shea, pantenol, kwas foliowy, witaminę E, olej brzoskwiniowy i sojowy, ekstrakt z marchwi i beta karoten. Na pierwszy rzut oka nie widać prowitaminy/witaminy D czy kompleksu proVita D ale doczytałam w internecie, że otrzymują go z cykorii, która rzeczywiście jest w składzie.


 Podsumowanie: Ogólnie krem polubiłam, zarówno jego konsystencja jak i działanie są dla mnie zadowalające. Nawilża na odpowiednim poziomie, dość szybko się wchłania a skóra jest przyjemnie miękka w dotyku. Ma niestety jeden minus, podejrzewam go o zapychanie. Na pewno go wykończę, jeśli nie na twarzy to będę go używać na szyję i dekolt. Ale jeśli sytuacja z wysypem niedoskonałości się powtórzy to nie przewiduję powrotu do niego w przyszłości. 

 Miałyście okazję używać tego kremu? A może jakieś inne marki Lirene testowałyście i polecacie? No i czy na Was też tak działa masło shea?

Kulturalny Listopad + Grudzień :)

 Jak się u Was rozpoczął Nowy Rok? U mnie coś nie za ciekawie, jakoś bez humoru jestem. A przynajmniej bez tego dobrego humoru. Ale spinam się dzisiaj przed pójściem do pracy i zapraszam Was na szybkie Podsumowanie Kulturalne Listopada i Grudnia.

 Patricia Cornwell - Predator

 Doktor Johnny Swift, znany i ceniony neurolog, popełnia samobójstwo, strzelając sobie w pierś. Tak przynajmniej brzmi orzeczenie lekarza wykonującego sekcję, więc śledztwo zostaje szybko zakończone. Trzy miesiące później do detektywa Marino dzwoni mężczyzna przedstawiający się jako Krab i sugeruje, że sprawą powinna zainteresować się doktor Kay Scarpetta. Rzekome samobójstwo Johnny’ego Swifta i inne na pozór niezwiązane ze sobą wydarzenia sprawiają, że doktor Scarpetta wrócić do tego, co robi najlepiej: do nakłaniania zmarłych, aby przemówili i wyjaśnili, co się naprawdę stało. 


 Peter Lovesey - Detektyw Diamond i zagadka zamkniętego pokoju

 Peter Diamond - najsłynniejszy bohater kryminałów laureata 17 najbardziej prestiżowych nagród - rozwiązuje tajemnicę zbrodni doskonałej, wobec której chłodna logika jest bezradna.
 Peter Diamond wraca na swoje dawne stanowisko szefa wydziału zabójstw w Bath. I szybko dopada go rutyna: pracując nad nudnymi i oczywistymi sprawami, tęskni za dochodzeniem, w którym mógłby się wykazać swoimi unikatowymi umiejętnościami. Jego życzenie niespodziewanie się spełnia, gdy dostaje sprawę jak z kart powieści Agathy Christie: morderstwo, którego nikt nie mógł dokonać, i wierszowana zagadka nadesłana przez zabójcę jako zaproszenie do gry w kotka i myszkę...


 Neil White - Zagłuszyć Krzyk

 Literacki kryminał oparty na prawdziwej historii seryjnego mordercy.
 W prowincjonalnym miasteczku w Lancashire zostaje w bestialski sposób zamordowana córka miejscowego gangstera. Dziennikarz Jack Garrett, specjalista od reportażu sądowego współpracujący z lokalnym tabloidem, otrzymuje od naczelnego zlecenie na artykuł na temat tej zbrodni. I odkrywa, że kilka tygodni wcześniej taki sam los spotkał córkę miejscowego policjanta. Rozpoczyna dziennikarskie śledztwo – niezależne, a często wbrew policyjnemu, które prowadzi Laura McGanity, sierżant z wydziału zabójstw, a prywatnie narzeczona Jacka. Wkrótce Garrett dostaje pierwszy list od mordercy – z tajemniczym wierszem. Im bardziej zagłębia się w sprawę, tym więcej ryzykuje. Mafijny boss chce sam wymierzyć sprawiedliwość zabójcy córki i zmusić Jacka do współpracy. Policja usiłuje wykorzystać jego kontakt z mordercą. Lecz okazuje się, że trop prowadzi na posterunek. Zbrodniarz obserwuje każdy krok Jacka i Laury. I już wybrał swoją następną ofiarę…


 Ian Rankin - Martwe dusze

 Telefon od dawnego szkolnego kolegi wywołuje w inspektorze Johnie Rebusie wspomnienia i niemałe poczucie winy. Pragnąc pomóc Jamice i Brianowi w odnalezieniu syna, odkrywa on nagle, że ulice Edynburga pełne są zaginionych i zapomnianych… Podczas akcji w edynburskim zoo Rebus dostrzega zwolnionego z więzienia pedofila, który z aparatem fotograficznym kręci się wśród dzieci. Nagłośnienie sprawy uaktywnia dość agresywną grupę obrońców moralności, co budzi w inspektorze mieszane uczucia i obciąża jego sumienie po raz kolejny. Szalę goryczy przeważa jednak decyzja amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Z powodu prawnych niedociągnięć z więzienia wychodzi wielokrotny sadystyczny morderca, który wyraźnie ma ochotę kontynuować swą zbrodniczą grę, tym razem z Rebusem w roli pionka…


 Z racji tego, że wszystkie przeczytane przeze mnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy książki to kryminały nie będę się rozpisywać o każdej z nich z osobna. Wszystkie czytało się przyjemnie i szybko. Żadna nie ciągnęła się w nieskończoność nudząc mnie przy tym. Akcja była ciekawa, zakończenia nie rozczarowały. Ian Rankin i Patricia Cornwell już u mnie gościli więc spodziewałam się tego, choć zakończenia "Predatora" chyba nikt nie przewidziałby. "Detektyw Diamond..." oraz "Zagłuszyć krzyk" pozytywnie mnie zaskoczyły i jak będzie okazja to chętnie zapoznam się lepiej z twórczością tych autorów. Dlatego wszystkie Wam polecam :)

 W Świeta oglądałam kilka filmów ale o większości już chyba Wam wspominałam w poprzednich latach bo to klasyki :) Jednak jeden jeszcze się nie pojawił na blogu a powinien, ponieważ już go kiedyś oglądałam.

 Służące (The Help) (2011)

 Akcja filmu toczy się w stanie Mississippi w latach 60. W roli głównej występuje Emma Stone grająca Skeeter, dziewczynę z dobrego domu z południa, która po studiach marzy o karierze pisarki. Niespodziewanie wywraca do góry nogami życie swoich przyjaciół i mieszkańców rodzinnego miasteczka, gdy postanawia przeprowadzić wywiad z czarnoskórą służącą najzamożniejszych rodzin w okolicy. Nominowana do Oscara Viola Davis w roli Albeen decyduje się ujawnić ciemne sekrety życia czarnoskórej mniejszości. Ze zwierzeń rodzi się przyjaźń. Okazuje się, że przyjaciółki mają sobie dużo do opowiedzenia. Zarówno one, jak i inni mieszkańcy miasteczka są świadkami zmieniających się czasów i obyczajów. (opis ze strony filmweb.pl)

 Film zdobył wiele nominacji do nagród filmowych i kilka statuetek. I wcale się nie dziwię ponieważ jest na prawdę świetnym kinem. Podczas oglądania można się i śmiać i płakać. Historia jest na prawdę poruszająca i jeśli jeszcze nie widzieliście "Służących" to koniecznie musicie to nadrobić.


 I tradycyjnie na koniec jeszcze kilka piosenek do posłuchania.

 James Arthur feat. Marina - Let Me Love The Lonely


 Alle Farben - Please Tell Rosie


 Clean Bandit - Rockabye ft. Sean Paul & Anne-Marie


 Burak Yeter - Tuesday ft. Danelle Sandoval


 Louisa Johnson - So Good


 To by było na tyle. Mam nadzieję, że któraś z tych propozycji Was zaciekawi jeśli jeszcze ich nie znaliście. Miłego tygodnia Wam życzę a ja uciekam się szykować do pracy.